Wizja Rosji w „Dniu oprycznika” Sorokina

DSC_8488Przypuszczam, że nie trzeba przedstawiać sylwetki Władimira Sorokina, ponieważ jest on – tuż obok Wiktora Pielewina, Borisa Akunina, Wiktora Jerofiejewa, czy też Dmitrija Bykowa – jednym z nielicznych współczesnych pisarzy rosyjskich tak dobrze znanych polskiemu czytelnikowi. Zresztą, nie tylko polskiemu. Postmodernistyczna proza Sorokina tłumaczona jest na wiele języków i znajduje coraz szersze grono odbiorców.

DSC_8493Dziś jednak pod lupę pragnę wziąć tylko jedną książkę z dorobku tegoż rosyjskiego konceptualisty – Dzień oprycznika. Utwór, który wywołał wielką burzę nie tylko wśród literackich krytyków, ale również wśród czytelników. Wydaną w 2006 r. książkę Sorokina określa się mianem fantastycznej antyutopii, politycznej groteski, czy też satyry na współczesną władzę Rosji i na rosyjskie społeczeństwo. Sam Sorokin od takich komentarzy się odżegnuje, twierdząc, iż jego celem nie był polityczny komentarz, a jedynie stworzenie artystycznej wizji przyszłości.

DSC_8494Utwór Sorokina często klasyfikowany jest również jako „powieść w duchu historyzmu”. Dzieje się tak za sprawą głównego motywu, na którym autor oparł fabułę powieści. Jest nim oprycznina, carska policja, powołana przez Iwana Groźnego w celu walki z bojarami. Dziś jest ona symbolem okrucieństwa i niesprawiedliwości. Chociaż oprycznina siała postrach na ziemi rosyjskiej w XVI w., Sorokin zauważa, że jest to zjawisko wciąż aktualne, charakterystyczne także dla współczesnej Rosji. Co ciekawe, temat opryczniny został właściwie przemilczany w twórczości rosyjskich klasyków (nie licząc utworów Ksiażę srebrny Aleksego Tołstoja oraz Pieśni o kupcu Kałasznikowie Lermontowa). Tymczasem Sorokin wyciąga na światło dzienne tę czarną kartę w historii swojego narodu i w oparciu o nią buduje fabułę swojej powieści.

Nie chciałabym rozpisywać się nad tym, jaką wizję przyszłości nakreślił pisarz w swoim utworze. Zdradzę tylko, iż w Dniu oprycznika śledzimy losy głównego bohatera, Andrzeja Daniłłowicza Komiagi, oprycznika, chroniącego dobrego imienia swego władcy, Wasilija Nikolajewicza, który rządzi Monarchią Rosyjską trzeciej dekady XX w. Po opublikowaniu książki Sorokina okrzyknięto mianem proroka. Nic dziwnego. Przepowiednia Sorokina, w której roztacza wizję Rosji w 2027 r. już dzisiaj znajduje swoje odbicie w rzeczywistości. Wszechwładny prezydent (prawie monarcha), rozkułaczanie oligarchów (współczesnych bojarów), polityka izolacjonizmu, naftowy „boom”, społeczeństwo odsunięte na margines wydarzeń dziejowych. Czy ten obraz nie wydaje się nam znany, gdy patrzymy w kierunku Wschodu?

DSC_8479Sorokin postuluje, aby jego utwór odczytywać wyłącznie w kategoriach dzieła artystycznego, nie zaś jako komentarz bieżącej sytuacji politycznej. Ja również wolę skłaniać się wobec takiej interpretacji. Ponieważ odbiór Dnia oprycznika wyłącznie jako literatury politycznie zaangażowanej jest moim zdaniem dość krzywdzący w stosunku do autora. Pamiętać należy, że Sorokin to jeden z czołowych rosyjskich postmodernistów. W czym więc tkwi wartość artystyczna utworu? Niewątpliwie w języku, który stanowi połączenie staroruszczyzny ze współczesnym językiem potocznym – autor stworzył oryginalną grę językową, urozmaiconą o elementy pisane wierszem. Niezwykle ciekawe jest także połączenie elementów współczesnych z elementami charakterystycznymi dla historycznego okresu opryczniny – i tak na przykład oprycznicy jeżdżą najnowszymi mercedesami, ale na maskach ich samochodów umieszczone są odcięte psie głowy (czyli symbol niegdysiejszych opryczników, którzy powinni gryźć i kąsać jak wściekłe psy). Szokującymi dla czytelnika mogą być również opisy spotkań opryczników, a już na pewno kulminacyjna scena utworu, w której autor opisał „gąsienicę” – rodzaj obrzędu, łączącego wszystkich opryczników (dosłownie!). Rozwiązania, jakie pisarz stosuje dla budowy świata przedstawionego w utworze, świadczą o jego nieokrzesanej wyobraźni. Szczególnie spodobał mi się pomysł likwidacji wielkich marketów spożywczych i zastąpienia ich niewielkimi kioskami, w których klient zawsze wybiera spośród dwóch rodzajów danego produktu (co ma mu zapewnić wewnętrzny spokój).

DSC_8517Nie sposób odmówić Sorokinowi wartości, jaką niesie jego dzieło. A jednak ten typ literatury współczesnej, łączący realność i fantastykę, w którym dominuje ironiczne i prześmiewcze podejście do wszystkiego, nie jest moim ulubionym. Uważam, że w pewnym momencie autor zachłysnął się strumieniem swojej bogatej wyobraźni i zaczął tworzyć sztukę dla sztuki, zapominając o innej warstwie utworu, niż tylko ta, która jest widoczna z wierzchu.

A gdyby tak „Umrzeć na wiosnę”?

DSC_8434Chociaż Umrzeć na wiosnę to dopiero druga książka Ralfa Rothmanna przetłumaczona na język polski (pierwsza to Młode światło) niewątpliwie jego proza zasługuje na uwagę czytelników z całego świata. Z wielu źródeł możemy się dowiedzieć, iż książka Rothmanna „to bodaj najważniejsza niemiecka powieść o II wojnie światowej od czasów Blaszanego Bębenka Guntera Grassa”, a także iż jest to „najważniejsza niemiecka powieść dekady”. Książka o dramacie wojny, o sile przyjaźni, o utraconej młodości i niewinności. Wydawać by się mogło, że nie pierwsza i nie ostatnia, którą można w ten sposób sklasyfikować. A jednak, wśród wielu innych pozycji o podobnej tematyce, Umrzeć na wiosnę jest utworem wyróżniającym się z kilku względów.

DSC_8468Utwór spaja narracyjna klamra, w której głos zabiera syn głównego bohatera, najprawdopodobniej możemy go utożsamić z samym autorem. Narrator kreśli zwięzły portret swojego ojca, w którym dominującą rolę odgrywa część biografii związana z udziałem ojca w wojnie – dla syna jest to historia owiana tajemnicą, niedopowiedziana, ale interesująca z tego względu, iż może ułatwić zrozumienie tego, kim jest ojciec, co go ukształtowało, co sprawiło, że „(…) całe życie spędził w milczeniu, którego nikt nie chciał z nim dzielić – nawet żona, która pijała kawę ze wszystkimi sąsiadami, a w sobotę chodziła na tańce bez niego”. Ostatnie strony utworu karzą sądzić, iż ojciec zabrał swoją historię do grobu, iż jego biografia pozostała nieodkryta nawet dla najbliższych. Co więcej, niedługo nie pozostanie po nim żaden ślad – jego syn nie zamierza opłacać na kolejne lata miejsca pochówku, gdzie spoczywa jego ojciec. W ten sposób Walter Urban pozostanie żywy jedynie na kartach powieści, w której syn odtworzył jego młode lata.

DSC_8445Osiemnastoletni Walter wiedzie spokojne życie dojarza w majątku pana Thamlinga, gdzie oprócz pracy jest jeszcze miejsce na przyjaźń, miłość, tańce, zabawę; miejsce na młodość. W porównaniu z toczącą się gdzieś w oddali wojną życie wśród społeczeństwa wiejskiego, skupionego wokół pracy służącej utrzymaniu gospodarstwa rolnego, jest niemal sielanką. Towarzystwo krów stanowi gwarant bezpieczeństwa. A jednak młody Walter i jego przyjaciel Friedrich otrzymują powołanie na front, choć wojna powoli chyli się ku końcowi. Bohaterowie trafiają na Węgry, gdzie znajduje się linia frontu. To, co spotyka ich na wojnie, dalekie jest od ich dotychczasowego życia, ale także od ich wyobrażeń o losie żołnierza. Walter nie uczestniczy bezpośrednio w walce, broń bierze do ręki tylko jeden raz, ale ten jeden raz to najstraszniejsza bitwa, jaką musi stoczyć. Jego przyjaciel Friedrich chciał zdezerterować, za co został skazany na wyrok śmierci. Wykonanie wyroku przypadło w udziale Walterowi – chłopak, który do tej pory był ofiarą strasznej wojny, miał się nagle przeistoczyć w jej kata. Bo jak powszechnie wiadomo, na wojnie panuje inna moralność: nie ma „przyjaciół” – są jedynie „towarzysze broni”, a „człowiek musi być silniejszy niż wszystkie skrupuły”.

DSC_8470Utwór Rothmanna jest o tyle ciekawy, iż pokazuje wojnę z perspektywy wojsk niemieckich, a więc z perspektywy silnej armii, dyktującej przebieg działań wojennych w Europie. A jednak żołnierze okupanta osłabieni byli przez wewnętrzne konflikty, gdy wojna miała się już zakończyć, żołnierz niemiecki rozliczał żołnierza niemieckiego – dezertera, dekownika, zdrajcę Ojczyzny i społeczeństwa. Obraz potężnej armii zostaje skażony, kiedy autor bierze go pod lupę. Podobnie dzieje się z obrazem ludności, której daleko było od głoszonej przez zwierzchnictwo wiary w rasę aryjską. Pisarz pokazuje, jak dalece nieprzystające do realiów pozostawały ideały głoszone przez nazistów.

DSC_8462Świat przedstawiony w utworze jest poruszający nie tylko ze względu na stałe atrybuty towarzyszące wojnie, ale także dlatego, iż przez cały czas wyczuwalne pozostają uczucia strachu, paniki, przerażenia, świadomości nadchodzącego końca. Nawet gdy mowa o miłości, to ma ona przeważnie wymiar fizyczny i nie stanowi dla człowieka otuchy. Utwór Rothmanna jest w pewnym sensie próbą usprawiedliwienia przeszłości, ale też swego rodzaju oskarżeniem w nią wymierzonym. Autor w żaden sposób nie wybiela czarnych plam na kartach historii narodu niemieckiego, ale pokazuje też wojnę z perspektywy pojedynczego człowieka; analizuje mechanizm kata i ofiary.

„Poślij chociaż słowo”, czyli opowieść o miłości w czasach Wielkiego Terroru

DSC_8321Książka Figesa Poślij chociaż słowo powinna być lekturą obowiązkową dla współczesnego człowieka, który w kołowrocie codzienności zapomniał o wartościach takich jak: miłość, wyrozumiałość, cierpliwość, zrozumienie, troska o drugiego człowieka. To wspaniała okazja do refleksji nad własnym światopoglądem oraz do ewentualnej zmiany dotychczasowego systemu wartości.

DSC_8355Czytając utwór Figesa, oparty na korespondencji dwojga zakochanych ludzi – Swietłany i Lwa, skazanego z art. 58 radzieckiego kodeksu karnego na obóz pracy – ciężko uwierzyć, że ich uczucie przetrwało przede wszystkim dzięki listownej wymianie myśli, która trwała przez cały czas pobytu Lwa w obozie, czyli… przez ponad 8 lat! Książka napisana przez Orlando Figesa to w pierwszej kolejności niezwykła opowieść o uczuciu dwojga młodych ludzi, o potędze miłości, o szacunku do drugiego człowieka, o tęsknocie, niejednokrotnie bolesnej, ale potrzebnej, aby uczucie mogło trwać i się rozrastać. Figes wykorzystał listy, które ocalały, jednak jego utwór nie jest w żadnym wypadku powieścią epistolarną.

DSC_8347Wielki podziw budzi praca autora, który na podstawie zachowanej korespondencji, odtworzył nie tylko losy bohaterów, ale również całą epokę historyczną, w której żyli. Czytając Poślij chociaż słowo, nie można nie dostrzec ogromnej pasji Figesa do badania historii, do zgłębiania zdarzeń – ich przyczyn i skutków. Figes z doskonałą znajomością tematu nakreślił tło wydarzeń, dlatego jego utwór jest wartościowy również z historycznego punktu widzenia. Obraz czasów stalinowskich represji jak zwykle jest przerażający, a czytelnik sięgający po lekturę parędziesiąt lat później, łapie się za głowę z niedowierzania, że to wszystko działo się naprawdę. Figes stworzył obraz ludzkiej tragedii, zarówno dotyczącej jednostki, jak i całych mas – zgniecionych przez machinę komunistyczną obywateli Związku Radzieckiego.

DSC_8331Ciężko również uwierzyć w tę miłość, która stała się materiałem do napisania książki. Potęga uczucia Swietłany i Lwa wydaje się wprost nierzeczywista, ich losy przywodzą na myśl historię jakichś mitycznych postaci. A jednak, to wszystko się zdarzyło, tych dwoje ludzi przeżyło całe swoje życie w taki sposób, że zawsze byli przede wszystkim dla siebie nawzajem podporą. To coś niezwykłego – coś, o czym chciałoby się napisać jeszcze nie jedną książkę, najlepiej zaś książkę przepełnioną optymizmem. Bowiem w dzisiejszych czasach, kiedy po raz kolejny w dziejach ludzkości obserwować można kryzys wartości moralnych, takie uczucie, jakie spotkało tych dwojga, to prawdziwy cud.

DSC_8358

Jechali my na chuj, na chuj na maszynie

DSC_8145Premiera każdej nowej książki Andrzeja Stasiuka to dla mnie prawdziwe literackie święto, które celebrować należy z odpowiednim namaszczeniem – a więc bez pośpiechu, w skupieniu, delektując się każdym słowem. Pamiętam, że gdy czytałam utwory Stasiuka, będące literackim zapisem migawek z podróży po Bałkanach, żałowałam, że nie ciągnie go do Rosji, na wschód, na skraj lądu. W końcu jednak jakiś impuls kazał mu jechać przez bezdroża byłych republik radzieckich, efektem czego był wspaniały „Wschód” i jeszcze wspanialsze „Osiołkiem”.

DSC_8131DSC_8133Najnowsza książka polskiego autora, choć traktuje o krajach innych, niż te odwiedzane przez Stasiuka dotychczas, tak naprawdę nie różni się od pozostałych utworów pisarza. Ten sam melancholijny ton, pustka pogranicza, beznadzieja końca świata. To samo zlewanie się tego, co jest, z tym, co było. Ścieranie się kultury wschodniej z kulturą zachodnią, a może na odwrót. Wyższość tego, co pradawne, nad tym, co współczesne. Tematyka doskonale znana czytelnikom Stasiuka, ale jak zauważa autor – to jedna i ta sama opowieść, niezależnie od tytułu książki.

DSC_8150A jednak jest coś zupełnie nowego, co dotychczas pisarz tylko sygnalizował w poprzednich utworach. To wątek wyjątkowej więzi, jaka łączy kierowcę z jego samochodem; człowieka z maszyną; żywe stworzenie z nieożywionym. Stasiuk daje się nam poznać jako miłośnik motoryzacji, absolutny fan prowadzenia samochodu. Nie jest jednak gadżeciarzem, trwającym w pogoni za technicznymi nowinkami. Jest wyrozumiałym użytkownikiem auta, które stanowi dla niego narzędzie niezbędne, aby pokonywać przestrzeń, aby penetrować teren, aby podróżować nie tylko w wymiarze fizycznym, ale również metafizycznym. Przez wzgląd na specjalistyczną terminologię z dziedziny autotechniki zewsząd pojawiają się głosy, że „Osiołkiem” to książka absolutnie męska, napisana z męskiego punktu widzenia i skierowana do mężczyzn, na dodatek mężczyzn dojrzałych, najlepiej w wieku średnim co najmniej. Z tymiż głosami pozostaję w całkowitej niezgodzie i w żadnym wypadku nie rozumiem, czemu jakakolwiek kobieta, niezależnie od wieku, powinna odmówić sobie przyjemności obcowania z prozą jednego z wybitniejszych współczesnych pisarzy polskich.

DSC_8138DSC_8141A jest to przyjemność niebywała również z tego względu, iż jak to u Stasiuka, nie o fabułę się rozchodzi, tylko o zapis drogi, o pewne obrazy, które przywołuje pisarz w pamięci i na ich podstawie tworzy wspaniałą literaturę. W najnowszej książce rzeczywistość przechodzi w fantasmagorię, w pewien rodzaj obłąkania. Ojczyste demony nie pozwalają na ucieczkę, nie sposób się od nich uwolnić, przekraczając kolejne granice i pokonując kolejne kilometry. Spojrzenie na Ojczyznę z perspektywy obcokrajowca jeszcze bardziej uwypukla nasze lęki i kompleksy. Stasiuk nie obawia się podejmować tej niepożądanej w ogólnopolskim dyskursie kwestii, a jego celne uwagi skłaniać muszą do refleksji nawet najbardziej opornych i skamieniałych w swej polskości.

DSC_8250DSC_8243

O głodzie towarzyszącym mi podczas lektury „Langosza w jurcie”

DSC_8092

Langosza w jurcie Krzysztofa Vargi czyta się tak jak pozostałe części węgierskiej trylogii (Gulasz z turula i Czardasz z mangalicą), tzn. czując nieustanny głód, niemal fizycznie cierpiąc od opisów specjałów węgierskiej kuchni (paprykarza z ziemniakami i kiełbasą, pörkölta z jelenia, czy też tytułowego langosza), które pozostają nieosiągalne z tegoż prostego względu, iż Varga pozwala nam je próbować wyłącznie poprzez obrazy, które kreśli. Na prawdziwą konsumpcję przychodzi zgłodniałemu czytelnikowi nieco poczekać. A jest Varga prawdziwym mistrzem opisu, gdy chodzi o smak, zapach i wygląd potraw (że już pominę drastyczne opisy scen trawienia i gastrycznych problemów związanych z tymiż potrawami). Gdyby technika nie pozwalała na tak szybki rozwój fotografii kulinarnej, jej miejsce zajęłyby opisy wszelkiego rodzaju dań, a polsko-węgierski autor zostałby niewątpliwie mistrzem w tej dziedzinie.

DSC_8124A jednak, w trakcie lektury Langosza w jurcie odbiorcy towarzyszy nie tylko głód wynikający z pragnień kubków smakowych. Czytelnikowi węgierskiej trylogii towarzyszy także głód podróży, głód przygody; pragnienie wędrowania i poznawania. Varga zabiera czytelnika w daleką podróż, pokazuje mu miejsca nieznane i te znane, jednakże widziane z zupełnie nowej perspektywy. Odczarowuje turystyczne Węgry i pokazuje, jak sięgać dalej, jeszcze bardziej w głąb, niż sugeruje przewodnik turystyczny. Krzysztof Varga jest erudytą, omawia zagadnienia historyczne, kulturowe, społeczne; dzieli się szeroką wiedzą z zakresu literatury, muzyki i filmu, tym samym budząc w czytelnikach jeszcze jeden rodzaj głodu – głód poznania, głód wiedzy i – wreszcie – głód zrozumienia. Trylogia Vargi może stanowić coś w rodzaju przewodnika, bardzo subiektywnego, jednakże skupionego na tych zagadnieniach, które sięgają nieco dalej niż podstawowe atrybuty turystyczne – fast foody i suveniry.

DSC_8100DSC_8097Langosz w jurcie napisany został w oparciu o ciekawy pomysł. Węgry jawią się nam jako tytułowy langosz, a podróż wzdłuż węgierskich granic to degustacja langosza wzdłuż jego krawędzi. Jednakże granice Węgier, jakie znamy ze współczesnego podziału administracyjnego świata, niekoniecznie pokrywają się z podziałem dawnym, o którym pamięć nie zawsze pozostaje zachowana. Varga odkrywa dla nas pogranicza – dzisiejsze i te dawne, wraz z ich pasjonująca historią, nierzadko powiązaną z historią Polski, naszą własną historią. Pisarz zdaje się hołdować pamięci, nie tylko narodowej, ale tez osobistej. Klamrą spajającą treść utworu jest wspomnienie zmarłego ojca, a właściwie wspomnienie przyrządzanych przez niego dań. Jakże wymowny to zabieg! Czyż za nazwami potraw nie kryje się cała gama uczuć i emocji? Czyż wspomnienie domowych obiadów nie mówi więcej, niż gdyby nakreślić kilkusetstronicowy obraz własnego dzieciństwa? Zdaje się nam Varga mówić, iż nie raz w pamięci pozostaje smak i zapach, a to wystarczy za wszelkie inne wspomnienia.

DSC_8089

Hanya Yanagihara – Małe życie

DSC_7429 „Małe życie” Yanagihary to jedna z najgłośniejszych książek ubiegłego półrocza. Komentowana była przez wielu krytyków, z reguły spotykając się ze słowami uznania, efektem czego jest nominacja do Nagrody Bookera. Z wielu stron słychać było głosy czytelników, którzy deklarowali, że utwór amerykańskiej pisarki zmienił ich życie. Powodowana wielką presją ze strony całego literackiego świata musiałam sama przekonać się, czy rzeczywiście „Małe życie” to książka, obok której nie można przejść obojętnie. Podświadomie, oczywiście, czułam, że literatura, która podoba się wszystkim, nie ma prawa nazywać się literaturą. No cóż, nie pomyliłam się. Ponad 800 stron obszernego „dzieła” spłynęło po mnie jak woda po kaczce (żeby już dosadnie zobrazować moje odczucia po przeczytaniu „Małego życia”).

„Małe życie” początkowo jawi się nam jako opowieść o czwórce młodych mężczyzn, wkraczających na ścieżkę dorosłego życia, którego akty rozgrywają się w nieprzyjaznej człowiekowi atmosferze Nowego Jorku. Jednak bardzo szybko na pierwszy plan wysuwa się postać głównego bohatera, Jude’a,  losy którego stanowią główne sedno powieści. W tym momencie bardzo ciężko wypowiedzieć się szerzej o utworze, nie zdradzając przy tym biegu wydarzeń. Dlatego też tych, którzy nie czytali, a nie chcą psuć sobie lektury, zachęcam do zamknięcia okna przeglądarki.

DSC_7440(1)Jude to bohater tragiczny. Czegoż on tylko nie przeżył w swym długim i smutnym życiu! Właściwie w tej niekończącej się i ciążącej mu egzystencji, którą oczywiście musiał zakończyć, bowiem było to jego jedyne pragnienie; w zasadzie był to jedyny czynnik motywujący go do dalszego działania. Prawda, że brzmi absurdalnie? Nic nie poradzę, tak właśnie było, Jude nie chciał żyć, ale myśl o tym, że przecież zawsze może się samookaleczyć, a w najlepszym wariancie popełnić samobójstwo, dodawała mu otuchy. A zatem, ostateczna samozagłada to jedyny możliwy finał opowieści. Jude oswobadza się od życia, a skoro nie ma ono dla niego żadnej wartości, jest mu jedynie brzemieniem, to co ją ma? To co ma człowiek poza życiem, tą jedną jedyną rzeczą, którą zostaje obdarzony w dniu narodzin, i z którą może zrobić właściwie wszystko.

DSC_7447Autorka namnożyła w utworze taką ilość zła, bólu, cierpienia, samotności, że w zasadzie nie powinno nam się chcieć dalej żyć po przeczytaniu tej „wybitnej powieści”. Niestety, ogrom negatywnych aspektów ludzkiej natury oraz świata, na które chciała nas Yanagihara wyczulić, jeszcze o niczym nie świadczy, a już na pewno nie o tym, że utwór jest wybitny. Nie jest amerykańska pisarka pierwszą autorką, która zwraca uwagę na zło otaczającego nas świata. Pokusiłabym się nawet o stwierdzenie, że temat jest wręcz przebrzmiały i to wcale nie z powodu wszechobecnej „znieczulicy”, panoszącej się we współczesnym świecie. Ale jeśli Yanagihara naprawdę chciała wyprowadzić odbiorców z równowagi, to mogła podjąć temat piękna – o ileż bardziej kontrowersyjny, zwłaszcza w dzisiejszych czasach, kiedy coraz trudniej je dostrzec.

DSC_7438Na czym więc polega fenomen tego działa? Czyżby wynika on z faktu, iż Yanagihara nie boi się głośno komentować praw człowieka do wolności wyboru, a w tym wypadku do wolności wyboru orientacji seksualnej? Czy „Małe życie” tak bardzo wstrząsnęło opinią publiczną, dlatego, iż ukazuje, że miłość jest piękna niezależnie od płci; że jest wolna od wszelkich uprzedzeń, jak choćby te, które wynikają z naszej fizyczności?

Nie wiem. Mną nie wstrząsnęła.

Wręcz przeciwnie – w trakcie lektury nieustannie towarzyszyło mi  uczucie, że autorka uderza w banał, ociera się o kicz, marnuje potencjał. Próbuje wyczulić nas na siłę przyjaźni, potęgę miłości, a tymczasem główny bohater przegrywa ze swoimi lękami, daje się pogrążyć w mroku, żadne wielkie uczucia nie są w stanie wyrwać go z tej strasznej walki, jaką toczy. Jude się nie zmienia, chociaż zmieniło się jego otoczenie, zmienił się świat, w którym żyje, zło, jakiego doświadczył, ustępuje miejsca dobru, które niosą mu inni. A on i tak uparcie pozostaje przy swoim – a zatem, jeśli drugi człowiek i miłość tego człowieka nie są w stanie mu pomóc, to… Czy Yanagihara jest w gruncie rzeczy okrutną wręcz pesymistką? A może zaplątała się we własnych przemyśleniach i dlatego wyszła jej taka literacka hybryda? Przynajmniej w moim, skromnym, odczuciu.

DSC_7451

„Kotojady” i „kociary”, czyli dobro i zło w „Ciemno, prawie noc” Joanny Bator

O ile „Piaskową Górę” Joanny Bator czytałam z dużym zaangażowaniem, momentami nie mogąc się oderwać od lektury i nieustannie podziwiając ironiczny styl pisarki, to „Ciemno, prawie noc” przysporzyło mi czytelniczych rozterek, gdyż nieustannie dziwiłam się, jak to możliwe, że Bator otrzymała Nagrodę Nike właśnie za tę książkę.

DSC_7533W „Ciemno, prawie noc” Bator po raz kolejny zaprasza nas do Wałbrzycha, gdzie rozgrywa się akcja utworu. Główna bohaterka, Alicja Tabor, dziennikarka z Warszawy, przyjeżdża do Wałbrzycha, swojego rodzinnego miasta, aby napisać artykuł o dzieciach, które zaginęły bez wieści w tym mrocznym mieście. Fabuła rozwija się bardzo konsekwentnie, czytelnik zostaje stopniowo wprowadzany w mroczną atmosferę miasta i poznaje jego tajemnice. Pisarka zabiera nas w podróż do Wałbrzycha nie tylko współczesnego, ale także tego, który pozostał w pamięci głównej bohaterki z lat dziecięcych. To także Wałbrzych z lat II w. ś., gdyż historia, opowiadana przez dziennikarkę Alicję Tabor, sięga czasów, gdy naziści zajęli Zamek Książ, a jego ostatnia pani, księżna Daisy, zmuszona była do opuszczenia swoich włości.

Fabuła zbudowana wokół zagadki, którą bohater musi rozwiązać, to zabieg bardzo popularny, jednak „Ciemno, prawie noc” nie jest powieścią detektywistyczną – utwór Bator rozpatrywać należy raczej w kategoriach horroru, a nawet powieści gotyckiej. Jednakże wszystkie elementy, jakimi posłużyła się autorka do nakreślenia przerażającej wizji miasta-zagadki (nieprzyjaznego człowiekowi niezależnie od czasów), są w moim odczuciu nieco przerysowane. Skupianie się wyłącznie na negatywnych aspektach współczesności nie prowadzi w tym wypadku do głębszej refleksji nad kondycją świata, a jedynie pozostawia pewien niesmak, bowiem rzeczywistość nie składa się wyłącznie z ciemnych kolorów. Poza jednym wyjątkiem, który zmusza do chwili zastanowienia, a w efekcie przeraża, gdyż czytelnik uświadamia sobie, iż nie ma żadnego ratunku ani żadnej drogi ucieczki od zaistniałej sytuacji.

DSC_7530Mam na myśli, oczywiście, refleksję nad upadkiem języka, którą autorka wyraziła przy pomocy wstawionych do tekstu właściwego fragmentów rozmów prowadzonych na czacie. Bator zwraca uwagę na degradację mowy, na to, jak niebezpieczną formę przybiera język, w którym się ze sobą porozumiewamy. Jest on przepełniony skrótami, potoczyzmami, wulgaryzmami, niepoprawnymi formami gramatycznymi. Język, który zdominował przestrzeń wirtualną, jest coraz bardziej oddalony od literackiej normy. Przypomina bełkot, ryk, mowę zwierząt, którą ciężko zrozumieć człowiekowi. Za te celne uwagi na temat kondycji naszego języka, stanowiącego podstawę dla wzajemnej wymiany myśli, należą się autorce wyrazy uznania.

DSC_7544(1)W utworze „Ciemno, prawie noc” moją uwagę przykuł również interesujący zabieg metaforyczny, który stosuje pisarka. Bator, w nieco baśniowym stylu, oddziela pojęcia dobra i zła, nadając im nie tylko kreatywne nazwy, ale wręcz uosabiając je, czyniąc namacalnymi i odczuwalnymi nie tylko dla bohaterów, ale również dla czytelników. Z każdą stroną na samą myśl o zbliżających się „kotojadach” odczuwałam pewien rodzaj niepewności, która zwiastowała pojawienie się czegoś niepożądanego, przerażającego. Na szczęście, na ratunek nadchodziły „kociary”, stanowiące przeciwwagę dla wszelkiej ohydy świata. To nieco magiczne wyobrażenie świata, a jednak w pełni odzwierciedlające rzeczywistość, która nie jest przecież niczym innym, niż wzajemną walką dobra ze złem (a może zła z dobrem?).

DSC_7516Niektórzy krytycy sugerują, aby odczytywać utwór Bator w kategoriach raportu o stanie polskiej duchowości, o stale powracających demonach przeszłości, o niekończących się podziałach i rozwarstwieniu społeczeństwa. Oczywiście, nie sposób odmówić „Ciemno, prawie noc” wielowarstwowości, jednak w moim odczuciu książka ta jest także opowieścią o kondycji współczesnego człowieka, o jego samotności, nieumiejętności budowania trwałych relacji, o jego bezsilności. Właśnie ta warstwa utworu podczas lektury wysuwała się stale na pierwszy plan, być może dlatego, że pozostaję wolna od politycznych kontekstów i bardziej interesuje mnie pojedyncza jednostka, niż ogół społeczeństwa z targającymi nim biesami.

DSC_7529

O potrzebie wolności – Życie i czasy Michaela K.

DSC_7416„Życie i czasy Michaela K.” autorstwa noblisty Johna Maxwella Coetzee to wyjątkowa opowieść o pragnieniu wolności, które determinuje całokształt bytu głównego bohatera, ogrodnika Michaela K. Wszystkie jego działania uwarunkowane są dążeniem do realizacji jednego celu – do wyzwolenia się spod wszelkich ucisków. Dla Michaela K. pojęcie zniewolenia związane jest z różnymi aspektami jego codzienności: nie może legalnie opuścić kraju (najprawdopodobniej jego ojczyzną jest RPA, ogarnięte wojną domową) ani miasta, w którym mieszka, nie potrafi uwolnić się od rodzinnych więzi (czuje się zobowiązany do opieki nad chorą matką), nie potrafi oswobodzić się od wpływu władzy, która umieszcza go w obozach i szpitalach, a wreszcie nie może się wyrwać z własnego ciała (które jest szpetne, bowiem Michael K. urodził się z „zajęczą wargą”). I które jest czarne.

Chociaż autor nie poświęca kwestii rasowej przynależności bohatera zbyt wiele uwagi, czytelnik może wywnioskować, że Michael K. nie należy do ludzi białych, bowiem nie potrafi przystosować się do świata, który zbudowany został w oparciu o europejskie standardy. Kierują nim pragnienia i przyzwyczajenia charakterystyczne dla rdzennego mieszkańca Czarnego Lądu. Michael K. pragnie się wyzwolić spod jarzma narzuconego mu systemu; systemu przeszczepionego na grunt afrykański.

DSC_7411Najdoskonalszą formą wolności jest możliwość życia w zgodzie z naturą. Michael K., jako ogrodnik, czuje niezwykłą więź ze światem przyrody, owocem której jest interesująca filozofia – bohater nie chce żywić się innymi produktami, niż te, które samodzielnie wyhodował, które dojrzewały pod jego nadzorem, pod jego czułą opieką. Nawet jeśli jego poglądy prowadzą do powolnej samodestrukcji. Należy również dodać, iż Michael K. jest człowiekiem, który nie pojmuje podstawowych mechanizmów rządzących życiem w społeczeństwie, na poziomie intelektu nie przystaje do ogółu społeczeństwa. W związku ze swoim sposobem bycia Michael K. pozostaje niezrozumiany, jest więc też utwór Coetzee przejmującą opowieścią o samotności i wyobcowaniu. Z drugiej jednak strony należy dostrzec, iż M. K. pragnie samotności, jest outsaiderem, chce żyć poza wpływem prawa. Dążenie do życia w pojedynkę jest jego wyborem, jego pragnieniem, dlatego też samotność bohatera nie jest jego ciężarem.

DSC_7400Doskonałym odzwierciedleniem postawy głównego bohatera jest forma utworu, język, którym posługuje się autor. Powieść została ogołocona ze wszelkiego rodzaju elementów upiększających. Dominują naturalistyczne opisy i liczne porównania świata ludzi ze światem zwierząt. Człowiek przypomina zwierzę, które jest bezwolne, zależne od działania kogoś innego (w tym wypadku od przedstawiciela białej rasy), i które ze wszystkich sił walczy o przetrwanie. Sam Michael w sposób wręcz druzgoczący podsumowuje swój byt, określając go mianem „życia spędzonego w klatkach”.

DSC_7405„Życie i czasy Michaela K.” to również opowieść o powrocie do korzeni, co wyrażone zostało nie tylko poprzez pragnienie bohatera, aby obcować z naturą, ale również poprzez motyw matki, której prochy Michael K. zobowiązał się donieść do miejsca, w którym dorastała. Miejsce to jawi się nam niczym idylla, Ziemia Obiecana. A jednak, nawet tam bohater nie zdołał się wyzwolić spod ciężaru rzeczywistości. Zdaje się, że Coetzee stawia przed nami pytanie, czy w ogóle istnieje jeszcze taki zakątek, w którym człowiek rzeczywiście może opuścić wszystkie klatki, do których został zapędzony przez mechanizmy cywilizacji?

Nie tylko „Dżuma”, czyli „Obcy” A. Camusa

DSC_7310Czytelnicy „Obcego” Alberta Camusa podzielili się na dwie grupy: tych, którzy rozpatrują jego utwór w kategoriach egzystencjalizmu, a głównego bohatera określają mianem „socjopaty”, oraz tych, którzy doszukują się w „Obcym” szokującej prawdy o losie ludzkim i udziale człowieka w kołowrocie zdarzeń, na który przecież nikt z nas nie ma wpływu, i w którym nikt z nas nie jest zobowiązany uczestniczyć. Sama nie potrafię rozstrzygnąć, w jakim kluczu odczytać postać głównego bohatera, Mersaulta, aczkolwiek tytuł utworu daje pewną sugestię.

Arthur Mersault, mężczyzna w średnim wieku, urzędnik, kawaler. Przeciętny, jak porażająca większość społeczeństwa. A jednak zupełnie inny, obcy. Stojący z boku, przez wzgląd na nieumiejętność życia. Na niechęć do tego, aby grać w życie. Pozostaje niezrozumiany przez innych w związku z tym, że nie potrafi okazać jakichkolwiek emocji, niezależnie od sytuacji, w jakiej się znajduje – czy to na pogrzebie matki, czy to w rozmowie z kobietą, którą zamierza poślubić, czy też w obliczu zagrożenia, a nawet gdy staje twarzą w twarz z nieuchronnie zbliżającą się śmiercią. Dla Mersaulta nic nie stanowi wartości, ale czy przez to można przypiąć mu etykiety nihilisty i ateisty? Sam Camus inaczej wyjaśniał postawę swojego bohatera – jego zdaniem Mersault „odmawia kłamstwa”. Odmawia uczestnictwa w codzienności, która podszyta jest hipokryzją. Jest w tym niezwykle konsekwentny – nawet na progu śmierci nie zmienia swoich poglądów. Jego upór jest dla niego fatalny w skutkach.

Główny bohater zostaje skazany na karę śmierci, ale nie przez wzgląd na to, czego dokonał, tylko przez wzgląd na jego obojętność (m. in. Mersault nie wie, ile lat miała jego matka, gdy zmarła, a także nie korzysta z możliwości delegacji w Paryżu, bo nie ma to dla niego znaczenia). Jego obojętność, beznamiętność, chciałoby się powiedzieć, powoduje, że jest on niezrozumiały, a przez to odizolowany, wyobcowany.

A jakim mi pokazał się Obcy? Przede wszystkim – znudzonym. Mersault wydaje się znudzony życiem, zrezygnowany, zniechęcony. Camus nie dał nam poznać, kim jego bohater był przedtem, zanim go spotkaliśmy. Jedyne, co wiemy o jego przeszłości, to że oddał swoją matkę do przytułku, bowiem nie było go stać, aby ją utrzymać. Sam Mersault mówi o tym beznamiętnym tonem, a jednak taka decyzja musiała wyryć swoje piętno na jego charakterze, samopoczuciu i światopoglądzie. Nie wiemy, jakie jeszcze zdarzenia i wybory wpłynęły na postawę bohatera. Ale skoro jest do tego stopnia rozczarowany życiem, że wszystko przyjmuje ze spokojem i obojętnością, to przecież nie jest to podyktowane chwilowym kaprysem, a niewątpliwie ciężkim bagażem doświadczeń, które go ukształtowały. W moim odczuciu „Obcy” to opowieść o człowieku, który się poddał, który właściwie przestał żyć za życia, i być może właśnie dlatego tak bardzo jego postawa irytuje, bo przecież jak można w ogóle nie przejawiać „woli życia”? Chociaż jest zupełnie bierny, to jego bierność zostaje odczytana w kategorii protestu – czy słusznie?

DSC_7304Moja daleko idąca interpretacja karze zwrócić mi uwagę na jeszcze jeden element utworu – motyw ciepła, upału, gorąca. Akcja utworu rozgrywa się w Algierze, już od pierwszych stron czytelnikowi robi się duszno od samych opisów prażącego Słońca (np. „Słońce było teraz miażdżące. Rozpryskiwało się w kawałeczki na morzu i piasku” albo „Wydawało mi się, że niebo pękło wzdłuż i wszerz, by lunąć ogniem”). Słońce, upał, żar urastają do rangi symbolu. Bohater dusi się z powodu nieznośnego upału, ale też z powodu praw (ustanowionych przez człowieka, a więc niedoskonałych), które rządzą światem. Zabija z powodu Słońca, ale też z powodu całokształtu zasad, których nie chce respektować. Jest przytłoczony nie tylko przez żar lejący się z nieba, ale także przez świat, społeczeństwo, jego reguły, często tak bardzo absurdalne. Sam klimat panujący wokół jest niejako odzwierciedleniem oblicza świata, w którym bohater funkcjonuje.

W jakimkolwiek kluczu utwór Camusa zostanie przez nas odczytany, nie mam wątpliwości, że wywrze wrażenie na każdym odbiorcy i skłoni go do refleksji. „Obcy” to książka, którą czyta się jednym tchem, od deski do deski, a dopiero potem, gdy emocje opadną, przychodzi pora na rozważania.

????????????????????????????????????

Klasztor – Zachar Prilepin

DSC_7232Po przeczytaniu „Klasztoru” Zachara Prilepina śmiem twierdzić, iż literatura rosyjska doczekała się „wielkiej powieści” w XXI w. Utwór Prilepina, nie tylko przez wzgląd na gabaryty, ale także z uwagi na problematykę uważać można za dzieło wyjątkowe. Rosyjski pisarz, zainspirowany losami swojego pradziadka, postanowił za pomocą utworu literackiego postawić pomnik więźniom pierwszego sowieckiego obozu pracy przymusowej, który w 1923 r. powstał na Wyspach Sołowieckich, na miejscu dawnego monastyru. Bynajmniej nie należy się spodziewać, że „Klasztor” to książka stricte historyczna. To fabularyzowana opowieść o łagrowej codzienności, oparta na faktach z życia prawdziwych postaci, m. in. Fiodora Eichmansa, Galiny Kuczerienko, Aleksandra Nogtiewa, Dmitrija Lichaczowa, Naftaliego Frenkela i innych. Interesującym elementem lektury są fragmenty dziennika Galiny Kuczerienko, co do których czytelnik nie może mieć pewności, czy są tylko autorskim wymysłem, czy też doskonałą rekonstrukcją. W każdym razie to one były jednym z impulsów, który utwierdził autora w zamyśle napisania tej powieści. I jak zauważa sam autor, opowiedziana przez niego historia, mogła być historią widzianą właśnie z perspektywy Galiny, jednak obraz sołowieckiego obozu byłby tak samo przerażający.

DSC_7214Tymczasem głównym bohaterem i jednocześnie narratorem jest Artiom, jeden z więźniów. To młody człowiek, do łagru trafił za zabójstwo, którego jednak nie żałuje. Właściwie to Artiom nie żałuje niczego, nie potrafi wzbudzić w sobie skruchy, nie jest zdolny do refleksji oraz do jakichkolwiek wyższych uczuć. Prilepin dokładnie kreśli portret bohatera, na kolejnych stronach utworu wyraźnie widać, jaki wpływ wywiera na Artioma łagrowa rzeczywistość. Oczywiście, destrukcyjny. A jednak, ostatnia scena zaświadcza, że młody więzień dojrzał, że uczucie do kobiety, które się w nim zrodziło, wygrywa, staje się siłą kierującą jego działaniami. Z ostatnich stron utworu po raz setny wybrzmiewa dobrze znana prawda – miłość jest silniejsza od śmierci.

„Klasztor” to także dosadny obraz łagru i człowieczej doli, która choć jednakowa dla wszystkich więźniów, nie sprawia, że czują się mniej samotni. Prilepin opisał zwyczaje panujące w obozie i język jakim posługują się bohaterowie, a także ich sposób myślenia oraz formy przystosowania się do okrutnej rzeczywistości, na miarę Sołżenicyna. Przy czym od autora „Archipelagu GUŁAG” różni go to, że on sam nie przebywał w charakterze więźnia w sowieckim obozie pracy przymusowej. Mimo to stworzył poruszający obraz ludzkiego nieszczęścia, spotęgowany przez przestrzeń geograficzną: Wyspy Sołowieckie, które stanowią miejsce akcji, dodatkowo uwypuklają niemożność człowieka w walce z niesprawiedliwością systemu i władzy. Motyw ten podkreśla scena ucieczki z obozu, która chociaż mało efektywna, to jednak istotna dla całokształtu opowieści.

DSC_7170Istotnym elementem utworu jest także jego „fizjologiczność” – niemal każda strona przepełniona jest opisami zmagań człowieka z jego fizycznością i z jego fizjologią. Głód, masturbacja, chłód, ukąszenia owadów, ból, krew, brudna odzież, zmęczenie, senność, ciężar drewnianych bali – elementy te stanowią dominantę w życiu bohaterów, która odbiera im zdolność do działania i odczuwania, w tym także do współodczuwania.

A jednak to nie moralność i duchowość postaci (a raczej ich zatracenie) są tym, o czym chce nam powiedzieć autor. Być może jego książka na tle innych lektur o tematyce łagrowej wyróżnia się właśnie z tego względu, że nie stanowi oceny danej sytuacji historycznej, a jedynie jest jej wiernym opisem, do którego pisarz wcale nie dokłada swojego komentarza. Gdyby celem Prilepina było pokazanie skrajnej niesprawiedliwości i ogromu tragedii ludzkiej, głównym bohaterem utworu nie mógłby uczynić Artioma – więźnia, który trafił do obozu za zabójstwo, a wiec niejako zasłużenie. Głównym bohaterem musiałby być wróg władzy sowieckiej, najlepiej skazany z art. 58 radzieckiego kodeksu karnego, a więc kontrrewolucjonista, który trafił do łagru… za niewinność.

DSC_7136

Sołowiecki Obóz Specjalnego Przeznaczenia był swego rodzaju eksperymentem, pierwszym takim miejscem, w którym dokonywać miano „obróbki” człowieka; było to swoiste laboratorium służące do przemienienia przestępcy w pełnowartościowego radzieckiego obywatela. Prilepin obnaża historyczną prawdę o tym miejscu, o niedoskonałościach radzieckich planów, dlatego też „Klasztor” rozpatrywać można w kategoriach antyutopii. Mimo iż pierwszy naczelnik sołowieckieogo obozu, Fiodor Eichmans, stworzył swego rodzaju „państwo w państwie”, swoiste „Miasto Słońca”, to jego dzieło było tak naprawdę „fantasmagorią”, jak zauważa jeden z bohaterów. Przyczyny tego niepowodzenia tłumaczy Prilepin w swoim utworze – być może najistotniejszą jest niedoskonałość ludzkiego charakteru.