Wyniki konkursu

DSC_8661Kochani!

Na wstępie muszę Was przeprosić za to, że dopiero teraz ujawniam zwycięzcę weekendowego konkursu. Chciałam uraczyć Was filmikiem z losowania, ale jego jakość pozostawia wiele do życzenia, gdyż na podorędziu został mi tylko telefon, a jego funkcja nagrywania nie sprawdza się w domowych warunkach przy świetle żarówki…

Bardzo się cieszę, że w zabawie wzięło udział 10 osób – tzn., że ktoś tu jednak czasem zagląda 🙂

Niestety nagrodzić mogę tylko jedną osobę, gdyż z dwóch egzemplarzy „Limonowa” jeden zatrzymuję dla siebie 😉

Szczęśliwym zwycięzcą, wyłonionym w drodze losowania, jest Marta (marta_pa@onet.eu) – proszę o jak najszybszy kontakt w celu odbioru nagrody!

Wszystkim dziękuję za udział w zabawie i zachęcam do śledzenia Bardzo Obiektywnych Opinii O Książkach na facebooku oraz na instagramie – już niedługo kolejne zabawy z książkowymi nagrodami!

Spokojnej nocy 🙂

Wygraj książkę „Limonow” :)

DSC_8642

Bardzo mi miło zaprosić Was do wzięcia udziału w pierwszym konkursie w historii mojego sporadycznego blogowania 😉

Do wygrania książka „Limonow” autorstwa Emmanuela Carrere, lektura porywająca i godna uwagi!

Co zrobić, aby wygrać?

  1. Jeśli masz ochotę, polub Bardzo Obiektywne Opinie O Książkach na facebook i zacznij śledzić na instagramie (jeśli jeszcze tego nie zrobiłeś/-aś) 🙂
  2. W komentarzu pod tym wpisem zostaw swoje imię oraz adres mailowy – tym samym wyrazisz chęć wzięcia udziału w konkursie.
  3. Zostaw też adres swojego bloga – z chęcią go odwiedzę 🙂
  4. Jeśli masz ochotę, udostępnij informację o konkursie na facebooku lub instagramie – niech dotrze do Twoich znajomych, aby też mogli wziąć udział w zabawie 🙂
  5. Pamiętaj, aby ze wszystkim zdążyć do 29.01.2017 godz. 23:59 !!!
  6. Cierpliwie czekaj, bo już w poniedziałek ogłoszę zwycięzcę, który zostanie wybrany drogą losową, na podstawie zgłoszeń pozostawionych w komentarzach.
  7. UWAGA: Do zabawy zapraszam osoby z adresem wysyłkowym na terytorium RP.

Kochani, liczę na Waszą aktywność! Nie przegapcie szansy na zdobycie ciekawej książki 🙂

Udanej zabawy!

Nietuzinkowy życiorys Limonowa

DSC_8691ZSRR jak zwykle jawi się jako byt wrogi jednostce samodzielnie myślącej; jako byt nieprzyjazny tym, którzy nie godzą się na funkcjonowanie totalitarnej machiny. Taką postacią, pragnącą zachować swoją indywidualność i niezależność, jest bohater książki francuskiego pisarza i reżysera, Emmanuela Carrere (znanego polskiemu odbiorcy m. in. dzięki najnowszej książce Królestwo), Eduard Wiemianowicz Sawienko, nazywany też Limonowem. Skandalista, awanturnik, pisarz i polityk. Chociaż silne pragnienie, by nie pozostać anonimowym, zmusiło go do emigracji z Ojczyzny (czyli ówczesnego Związku Radzieckiego) późniejsze doświadczenia zweryfikowały jego pogląd i Limonow pozostaje sentymentalnym spadkobiercą wartości wyznawanych przez partię komunistyczną.

DSC_8657Losy Limonowa to kalejdoskop wrażeń, ludzi, uczuć, doświadczeń. Jego biografię czyta się z zapartym tchem, bo jest to opowieść o postaci nietuzinkowej. Całe życie Limonowa zdeterminowane było przez jedno pragnienie, a mianowicie pragnienie sławy, dążenie do tego, aby stać się legendą. Bohater wyobrażał to sobie na różne sposoby – chciał zostać znanym przestępcą, znanym pisarzem, znanym politykiem i demagogiem. Tym, co pozwoliło mu zyskać rozgłos, jest jego własne życie, te wszystkie zdarzenia, w których miał swój udział, a które wykorzystał, aby napisać książki, porównywane przez wzgląd na treść do utworów Henryego Millera czy też Charlesa Bukowskiego.

DSC_8668Życie Limonowa skatalogować można według kilku etapów, co w efekcie daje pewien przekrojowy ogląd na ewolucję bohatera i jego poglądów. Najpierw kryminalna młodość na przedmieściach Charkowa, potem smak moskiewskiego undergandu, następnie los emigranta w Nowym Jorku, sława pisarza w paryskich kręgach, udział w wojnie serbsko-chorwackiej i wreszcie powrót do Rosji, gdzie Eduard zakłada partię narodowo-bolszewicką i w efekcie ląduje w więzieniu. A wszystko podszyte grubą warstwą smutnej prozy życia, na którą złożyły się alkohol, kobiety, seks, narkotyki, bieda, poniżenie, szaleństwo. Mniej więcej taki schemat posłużył francuskiemu autorowi do opisania dziejów Limonowa.

DSC_8675Carrere z dużą wnikliwością próbuje odzwierciedlić na kartach swojej powieści buntownicze życie Sawienki. Nie podaje wyłącznie suchych biograficznych faktów, ale tworzy tło historyczno-polityczno-społeczne, próbując wyjaśnić motywy działań Limonowa. Odzwierciedla także psychiczne podłoże decyzji Eduarda. Bardzo często w związku z tym Limonow wywiera na czytelniku negatywne wrażenie. Jest bardzo pewny siebie, jego cechą rozpoznawczą jest pycha. Wielce prawdopodobne, iż aby osiągnąć wytyczony cel, nie zawahałby się przed najgorszym. Często traktuje innych przedmiotowo, zwłaszcza własnych rodziców, ale też Annę, pierwszą kobietę, z którą związał się na dłużej. A jednak upór i pewność własnej racji, a także własnej wartości, budzi podziw. Chciałoby się mieć tyle odwagi i tyle żelaznej woli, co Limonow.

DSC_8660Co się tyczy samego stylu autora, to nie jest on tak bardzo porywający, jak opisywana przez niego historia. Śmiem przypuszczać, iż autobiograficzne utwory samego Limonowa (np. To ja, Ediczka) porwałyby czytelnika w większym stopniu. To, w jaki sposób francuski pisarz zbudował swoją książkę, budzi pewne zastrzeżenia – pojawiają się wątki autobiograficzne, dotyczące samego Carrere, które odciągają uwagę odbiorcy od głównej postaci w utworze. Odrobinę razi także infantylny niekiedy styl, próby odwzorowania stylu rosyjskiego awanturnika. Zdaje się, że Carrere zbyt ochoczo używa określeń typu „fiut” albo „cipka”, pragnąc w ten sposób z jednej strony zszokować odbiorcę, a z drugiej zachęcić go do lektury obscenicznych scen, w których uczucia i relacje międzyludzkie zostają sprowadzone do poziomu nic nie znaczących epizodów. Tymczasem efekt jest tandetny i rażący, w negatywnym tego słowa rozumieniu.

DSC_8645Pamiętajcie, że już za chwilę na blogu pojawi się konkurs, w którym będzie można wygrać tę wciągającą książkę 🙂

Chaos wojny, czyli „Depesze” Michaela Herra

DSC_8627Depesze Michaela Herra to jedna z tych książek, które bezwzględnie należy przeczytać – przez wzgląd na problematykę, formę utworu, a także dlatego, iż okładka jedynego reportażu amerykańskiego autora jeszcze przez długi czas gościć będzie we wszelkich mediach elektronicznych i drukowanych. Oparta na biograficznych wątkach przerażająca opowieść o wojnie w Wietnamie jest lekturą obowiązkową.

DSC_8615Zanim pozwolę sobie na kilka słów komentarza względem tematyki i treści utworu, chciałabym zwrócić uwagę na okładkę książki, wydanej nakładem Wydawnictwa Karakter. Na jej froncie widnieje portret amerykańskiego żołnierza o bardzo niewinnej twarzy i hipnotyzującym spojrzeniu. Herr dokładnie tłumaczy, na czym polega wyjątkowość tych oczu – „(…) nie było żadnego związku między nimi a resztą mimiki, i przez to wszyscy tam wyglądali na potwornie zmęczonych albo chwilowo niepoczytalnych”. I kilka zdań dalej: „Na młodej, niepozornej twarzyczce widziałeś uśmiech, który zdawał się brać z mądrości serca (Powiem ci, skąd ten uśmiech, ale sfiksujesz od tego)”. Wojskowy hełm sportretowanego chłopaka opatrzony jest wiele mówiącym mottem: „War is hell” – jego prawdziwość udowadnia Michael Herr w swojej książce, gdzie drobiazgowo tłumaczy, co to za rzeczy, od których człowiek fiksuje.

DSC_8629Wojna jak zwykle w literaturze jawi się jako sytuacja dramatyczna dla człowieka, niezależnie od jego statusu (jest wroga zarówno walczącym, jak i cywilom). Wojna w Wietnamie, która stała się przedmiotem opisu dla amerykańskiego reportera, jawi się jako kompletnie nielogiczna operacja, co wynika  z jej genezy oraz przebiegu. Dla Herra Wietnam jest symbolem okrucieństwa, chaosu i strachu, uzupełnionych o potężne dawki marihuany i rockowych brzmień. Jako korespondent wojenny wielokrotnie znajdował się bezpośrednio w toku walk, dlatego doskonale potrafił sportretować żołnierzy w nich uczestniczących.

Utwór Herra jest reportażem silnie autobiograficznym i autorefleksyjnym, ponieważ jego autor opisuje nie tylko przeżycia walczących młodzieńców, ale przede wszystkim swoje własne traumatyczne doświadczenia (zakończone silną depresją po powrocie do ojczyzny). Opowiada również o pracy swoich kolegów po fachu, często balansujących na granicy i kuszących los – nie zawsze z powodzeniem.

DSC_8621Tym, co łączy losy żołnierzy z losami piszących o nich korespondentów, jest chaos. Pojęcie to odnosi się do ich zachowania, percepcji świata, uczuć, wreszcie zdarzeń, w których mieli swój udział. Michael Herr odzwierciedla to poprzez formę utworu i język, jakim posługują się jego bohaterowie. Ich wypowiedzi często wydają się wręcz surrealistyczne. Podobnie niewiarygodne wydaje się tło wydarzeń w ich historiach – czy naprawdę konflikt mógł przybrać tak absurdalny kształt?

DSC_8624Słowem zakończenia dodam jeszcze, iż w Depeszach  brak jakiejś indywidualnej historii – gdyby Herr skupił się na losach konkretnej jednostki i napisałby swoją opowieść przez pryzmat jej doświadczeń i uczuć, być może groza wojny stałaby się dla czytelnika jeszcze bardziej odczuwalna, nieco bardziej namacalna. Być może opinia ta jest podyktowana wyłącznie kobiecym punktem widzenia – na portalu Lubimy Czytać większość komentarzy odnoszących się do Depeszów jest napisana z męskiego punktu widzenia i nie sposób dopatrzeć się w nich jakichkolwiek zastrzeżeń. Dominuje przekonanie o ogromnej wartości „arcydzieła reportażu wojennego”, pod którym chcąc-nie chcąc muszę się podpisać.

Wizja Rosji w „Dniu oprycznika” Sorokina

DSC_8488Przypuszczam, że nie trzeba przedstawiać sylwetki Władimira Sorokina, ponieważ jest on – tuż obok Wiktora Pielewina, Borisa Akunina, Wiktora Jerofiejewa, czy też Dmitrija Bykowa – jednym z nielicznych współczesnych pisarzy rosyjskich tak dobrze znanych polskiemu czytelnikowi. Zresztą, nie tylko polskiemu. Postmodernistyczna proza Sorokina tłumaczona jest na wiele języków i znajduje coraz szersze grono odbiorców.

DSC_8493Dziś jednak pod lupę pragnę wziąć tylko jedną książkę z dorobku tegoż rosyjskiego konceptualisty – Dzień oprycznika. Utwór, który wywołał wielką burzę nie tylko wśród literackich krytyków, ale również wśród czytelników. Wydaną w 2006 r. książkę Sorokina określa się mianem fantastycznej antyutopii, politycznej groteski, czy też satyry na współczesną władzę Rosji i na rosyjskie społeczeństwo. Sam Sorokin od takich komentarzy się odżegnuje, twierdząc, iż jego celem nie był polityczny komentarz, a jedynie stworzenie artystycznej wizji przyszłości.

DSC_8494Utwór Sorokina często klasyfikowany jest również jako „powieść w duchu historyzmu”. Dzieje się tak za sprawą głównego motywu, na którym autor oparł fabułę powieści. Jest nim oprycznina, carska policja, powołana przez Iwana Groźnego w celu walki z bojarami. Dziś jest ona symbolem okrucieństwa i niesprawiedliwości. Chociaż oprycznina siała postrach na ziemi rosyjskiej w XVI w., Sorokin zauważa, że jest to zjawisko wciąż aktualne, charakterystyczne także dla współczesnej Rosji. Co ciekawe, temat opryczniny został właściwie przemilczany w twórczości rosyjskich klasyków (nie licząc utworów Ksiażę srebrny Aleksego Tołstoja oraz Pieśni o kupcu Kałasznikowie Lermontowa). Tymczasem Sorokin wyciąga na światło dzienne tę czarną kartę w historii swojego narodu i w oparciu o nią buduje fabułę swojej powieści.

Nie chciałabym rozpisywać się nad tym, jaką wizję przyszłości nakreślił pisarz w swoim utworze. Zdradzę tylko, iż w Dniu oprycznika śledzimy losy głównego bohatera, Andrzeja Daniłłowicza Komiagi, oprycznika, chroniącego dobrego imienia swego władcy, Wasilija Nikolajewicza, który rządzi Monarchią Rosyjską trzeciej dekady XX w. Po opublikowaniu książki Sorokina okrzyknięto mianem proroka. Nic dziwnego. Przepowiednia Sorokina, w której roztacza wizję Rosji w 2027 r. już dzisiaj znajduje swoje odbicie w rzeczywistości. Wszechwładny prezydent (prawie monarcha), rozkułaczanie oligarchów (współczesnych bojarów), polityka izolacjonizmu, naftowy „boom”, społeczeństwo odsunięte na margines wydarzeń dziejowych. Czy ten obraz nie wydaje się nam znany, gdy patrzymy w kierunku Wschodu?

DSC_8479Sorokin postuluje, aby jego utwór odczytywać wyłącznie w kategoriach dzieła artystycznego, nie zaś jako komentarz bieżącej sytuacji politycznej. Ja również wolę skłaniać się wobec takiej interpretacji. Ponieważ odbiór Dnia oprycznika wyłącznie jako literatury politycznie zaangażowanej jest moim zdaniem dość krzywdzący w stosunku do autora. Pamiętać należy, że Sorokin to jeden z czołowych rosyjskich postmodernistów. W czym więc tkwi wartość artystyczna utworu? Niewątpliwie w języku, który stanowi połączenie staroruszczyzny ze współczesnym językiem potocznym – autor stworzył oryginalną grę językową, urozmaiconą o elementy pisane wierszem. Niezwykle ciekawe jest także połączenie elementów współczesnych z elementami charakterystycznymi dla historycznego okresu opryczniny – i tak na przykład oprycznicy jeżdżą najnowszymi mercedesami, ale na maskach ich samochodów umieszczone są odcięte psie głowy (czyli symbol niegdysiejszych opryczników, którzy powinni gryźć i kąsać jak wściekłe psy). Szokującymi dla czytelnika mogą być również opisy spotkań opryczników, a już na pewno kulminacyjna scena utworu, w której autor opisał „gąsienicę” – rodzaj obrzędu, łączącego wszystkich opryczników (dosłownie!). Rozwiązania, jakie pisarz stosuje dla budowy świata przedstawionego w utworze, świadczą o jego nieokrzesanej wyobraźni. Szczególnie spodobał mi się pomysł likwidacji wielkich marketów spożywczych i zastąpienia ich niewielkimi kioskami, w których klient zawsze wybiera spośród dwóch rodzajów danego produktu (co ma mu zapewnić wewnętrzny spokój).

DSC_8517Nie sposób odmówić Sorokinowi wartości, jaką niesie jego dzieło. A jednak ten typ literatury współczesnej, łączący realność i fantastykę, w którym dominuje ironiczne i prześmiewcze podejście do wszystkiego, nie jest moim ulubionym. Uważam, że w pewnym momencie autor zachłysnął się strumieniem swojej bogatej wyobraźni i zaczął tworzyć sztukę dla sztuki, zapominając o innej warstwie utworu, niż tylko ta, która jest widoczna z wierzchu.

A gdyby tak „Umrzeć na wiosnę”?

DSC_8434Chociaż Umrzeć na wiosnę to dopiero druga książka Ralfa Rothmanna przetłumaczona na język polski (pierwsza to Młode światło) niewątpliwie jego proza zasługuje na uwagę czytelników z całego świata. Z wielu źródeł możemy się dowiedzieć, iż książka Rothmanna „to bodaj najważniejsza niemiecka powieść o II wojnie światowej od czasów Blaszanego Bębenka Guntera Grassa”, a także iż jest to „najważniejsza niemiecka powieść dekady”. Książka o dramacie wojny, o sile przyjaźni, o utraconej młodości i niewinności. Wydawać by się mogło, że nie pierwsza i nie ostatnia, którą można w ten sposób sklasyfikować. A jednak, wśród wielu innych pozycji o podobnej tematyce, Umrzeć na wiosnę jest utworem wyróżniającym się z kilku względów.

DSC_8468Utwór spaja narracyjna klamra, w której głos zabiera syn głównego bohatera, najprawdopodobniej możemy go utożsamić z samym autorem. Narrator kreśli zwięzły portret swojego ojca, w którym dominującą rolę odgrywa część biografii związana z udziałem ojca w wojnie – dla syna jest to historia owiana tajemnicą, niedopowiedziana, ale interesująca z tego względu, iż może ułatwić zrozumienie tego, kim jest ojciec, co go ukształtowało, co sprawiło, że „(…) całe życie spędził w milczeniu, którego nikt nie chciał z nim dzielić – nawet żona, która pijała kawę ze wszystkimi sąsiadami, a w sobotę chodziła na tańce bez niego”. Ostatnie strony utworu karzą sądzić, iż ojciec zabrał swoją historię do grobu, iż jego biografia pozostała nieodkryta nawet dla najbliższych. Co więcej, niedługo nie pozostanie po nim żaden ślad – jego syn nie zamierza opłacać na kolejne lata miejsca pochówku, gdzie spoczywa jego ojciec. W ten sposób Walter Urban pozostanie żywy jedynie na kartach powieści, w której syn odtworzył jego młode lata.

DSC_8445Osiemnastoletni Walter wiedzie spokojne życie dojarza w majątku pana Thamlinga, gdzie oprócz pracy jest jeszcze miejsce na przyjaźń, miłość, tańce, zabawę; miejsce na młodość. W porównaniu z toczącą się gdzieś w oddali wojną życie wśród społeczeństwa wiejskiego, skupionego wokół pracy służącej utrzymaniu gospodarstwa rolnego, jest niemal sielanką. Towarzystwo krów stanowi gwarant bezpieczeństwa. A jednak młody Walter i jego przyjaciel Friedrich otrzymują powołanie na front, choć wojna powoli chyli się ku końcowi. Bohaterowie trafiają na Węgry, gdzie znajduje się linia frontu. To, co spotyka ich na wojnie, dalekie jest od ich dotychczasowego życia, ale także od ich wyobrażeń o losie żołnierza. Walter nie uczestniczy bezpośrednio w walce, broń bierze do ręki tylko jeden raz, ale ten jeden raz to najstraszniejsza bitwa, jaką musi stoczyć. Jego przyjaciel Friedrich chciał zdezerterować, za co został skazany na wyrok śmierci. Wykonanie wyroku przypadło w udziale Walterowi – chłopak, który do tej pory był ofiarą strasznej wojny, miał się nagle przeistoczyć w jej kata. Bo jak powszechnie wiadomo, na wojnie panuje inna moralność: nie ma „przyjaciół” – są jedynie „towarzysze broni”, a „człowiek musi być silniejszy niż wszystkie skrupuły”.

DSC_8470Utwór Rothmanna jest o tyle ciekawy, iż pokazuje wojnę z perspektywy wojsk niemieckich, a więc z perspektywy silnej armii, dyktującej przebieg działań wojennych w Europie. A jednak żołnierze okupanta osłabieni byli przez wewnętrzne konflikty, gdy wojna miała się już zakończyć, żołnierz niemiecki rozliczał żołnierza niemieckiego – dezertera, dekownika, zdrajcę Ojczyzny i społeczeństwa. Obraz potężnej armii zostaje skażony, kiedy autor bierze go pod lupę. Podobnie dzieje się z obrazem ludności, której daleko było od głoszonej przez zwierzchnictwo wiary w rasę aryjską. Pisarz pokazuje, jak dalece nieprzystające do realiów pozostawały ideały głoszone przez nazistów.

DSC_8462Świat przedstawiony w utworze jest poruszający nie tylko ze względu na stałe atrybuty towarzyszące wojnie, ale także dlatego, iż przez cały czas wyczuwalne pozostają uczucia strachu, paniki, przerażenia, świadomości nadchodzącego końca. Nawet gdy mowa o miłości, to ma ona przeważnie wymiar fizyczny i nie stanowi dla człowieka otuchy. Utwór Rothmanna jest w pewnym sensie próbą usprawiedliwienia przeszłości, ale też swego rodzaju oskarżeniem w nią wymierzonym. Autor w żaden sposób nie wybiela czarnych plam na kartach historii narodu niemieckiego, ale pokazuje też wojnę z perspektywy pojedynczego człowieka; analizuje mechanizm kata i ofiary.

„Poślij chociaż słowo”, czyli opowieść o miłości w czasach Wielkiego Terroru

DSC_8321Książka Figesa Poślij chociaż słowo powinna być lekturą obowiązkową dla współczesnego człowieka, który w kołowrocie codzienności zapomniał o wartościach takich jak: miłość, wyrozumiałość, cierpliwość, zrozumienie, troska o drugiego człowieka. To wspaniała okazja do refleksji nad własnym światopoglądem oraz do ewentualnej zmiany dotychczasowego systemu wartości.

DSC_8355Czytając utwór Figesa, oparty na korespondencji dwojga zakochanych ludzi – Swietłany i Lwa, skazanego z art. 58 radzieckiego kodeksu karnego na obóz pracy – ciężko uwierzyć, że ich uczucie przetrwało przede wszystkim dzięki listownej wymianie myśli, która trwała przez cały czas pobytu Lwa w obozie, czyli… przez ponad 8 lat! Książka napisana przez Orlando Figesa to w pierwszej kolejności niezwykła opowieść o uczuciu dwojga młodych ludzi, o potędze miłości, o szacunku do drugiego człowieka, o tęsknocie, niejednokrotnie bolesnej, ale potrzebnej, aby uczucie mogło trwać i się rozrastać. Figes wykorzystał listy, które ocalały, jednak jego utwór nie jest w żadnym wypadku powieścią epistolarną.

DSC_8347Wielki podziw budzi praca autora, który na podstawie zachowanej korespondencji, odtworzył nie tylko losy bohaterów, ale również całą epokę historyczną, w której żyli. Czytając Poślij chociaż słowo, nie można nie dostrzec ogromnej pasji Figesa do badania historii, do zgłębiania zdarzeń – ich przyczyn i skutków. Figes z doskonałą znajomością tematu nakreślił tło wydarzeń, dlatego jego utwór jest wartościowy również z historycznego punktu widzenia. Obraz czasów stalinowskich represji jak zwykle jest przerażający, a czytelnik sięgający po lekturę parędziesiąt lat później, łapie się za głowę z niedowierzania, że to wszystko działo się naprawdę. Figes stworzył obraz ludzkiej tragedii, zarówno dotyczącej jednostki, jak i całych mas – zgniecionych przez machinę komunistyczną obywateli Związku Radzieckiego.

DSC_8331Ciężko również uwierzyć w tę miłość, która stała się materiałem do napisania książki. Potęga uczucia Swietłany i Lwa wydaje się wprost nierzeczywista, ich losy przywodzą na myśl historię jakichś mitycznych postaci. A jednak, to wszystko się zdarzyło, tych dwoje ludzi przeżyło całe swoje życie w taki sposób, że zawsze byli przede wszystkim dla siebie nawzajem podporą. To coś niezwykłego – coś, o czym chciałoby się napisać jeszcze nie jedną książkę, najlepiej zaś książkę przepełnioną optymizmem. Bowiem w dzisiejszych czasach, kiedy po raz kolejny w dziejach ludzkości obserwować można kryzys wartości moralnych, takie uczucie, jakie spotkało tych dwojga, to prawdziwy cud.

DSC_8358

Jechali my na chuj, na chuj na maszynie

DSC_8145Premiera każdej nowej książki Andrzeja Stasiuka to dla mnie prawdziwe literackie święto, które celebrować należy z odpowiednim namaszczeniem – a więc bez pośpiechu, w skupieniu, delektując się każdym słowem. Pamiętam, że gdy czytałam utwory Stasiuka, będące literackim zapisem migawek z podróży po Bałkanach, żałowałam, że nie ciągnie go do Rosji, na wschód, na skraj lądu. W końcu jednak jakiś impuls kazał mu jechać przez bezdroża byłych republik radzieckich, efektem czego był wspaniały „Wschód” i jeszcze wspanialsze „Osiołkiem”.

DSC_8131DSC_8133Najnowsza książka polskiego autora, choć traktuje o krajach innych, niż te odwiedzane przez Stasiuka dotychczas, tak naprawdę nie różni się od pozostałych utworów pisarza. Ten sam melancholijny ton, pustka pogranicza, beznadzieja końca świata. To samo zlewanie się tego, co jest, z tym, co było. Ścieranie się kultury wschodniej z kulturą zachodnią, a może na odwrót. Wyższość tego, co pradawne, nad tym, co współczesne. Tematyka doskonale znana czytelnikom Stasiuka, ale jak zauważa autor – to jedna i ta sama opowieść, niezależnie od tytułu książki.

DSC_8150A jednak jest coś zupełnie nowego, co dotychczas pisarz tylko sygnalizował w poprzednich utworach. To wątek wyjątkowej więzi, jaka łączy kierowcę z jego samochodem; człowieka z maszyną; żywe stworzenie z nieożywionym. Stasiuk daje się nam poznać jako miłośnik motoryzacji, absolutny fan prowadzenia samochodu. Nie jest jednak gadżeciarzem, trwającym w pogoni za technicznymi nowinkami. Jest wyrozumiałym użytkownikiem auta, które stanowi dla niego narzędzie niezbędne, aby pokonywać przestrzeń, aby penetrować teren, aby podróżować nie tylko w wymiarze fizycznym, ale również metafizycznym. Przez wzgląd na specjalistyczną terminologię z dziedziny autotechniki zewsząd pojawiają się głosy, że „Osiołkiem” to książka absolutnie męska, napisana z męskiego punktu widzenia i skierowana do mężczyzn, na dodatek mężczyzn dojrzałych, najlepiej w wieku średnim co najmniej. Z tymiż głosami pozostaję w całkowitej niezgodzie i w żadnym wypadku nie rozumiem, czemu jakakolwiek kobieta, niezależnie od wieku, powinna odmówić sobie przyjemności obcowania z prozą jednego z wybitniejszych współczesnych pisarzy polskich.

DSC_8138DSC_8141A jest to przyjemność niebywała również z tego względu, iż jak to u Stasiuka, nie o fabułę się rozchodzi, tylko o zapis drogi, o pewne obrazy, które przywołuje pisarz w pamięci i na ich podstawie tworzy wspaniałą literaturę. W najnowszej książce rzeczywistość przechodzi w fantasmagorię, w pewien rodzaj obłąkania. Ojczyste demony nie pozwalają na ucieczkę, nie sposób się od nich uwolnić, przekraczając kolejne granice i pokonując kolejne kilometry. Spojrzenie na Ojczyznę z perspektywy obcokrajowca jeszcze bardziej uwypukla nasze lęki i kompleksy. Stasiuk nie obawia się podejmować tej niepożądanej w ogólnopolskim dyskursie kwestii, a jego celne uwagi skłaniać muszą do refleksji nawet najbardziej opornych i skamieniałych w swej polskości.

DSC_8250DSC_8243

O głodzie towarzyszącym mi podczas lektury „Langosza w jurcie”

DSC_8092

Langosza w jurcie Krzysztofa Vargi czyta się tak jak pozostałe części węgierskiej trylogii (Gulasz z turula i Czardasz z mangalicą), tzn. czując nieustanny głód, niemal fizycznie cierpiąc od opisów specjałów węgierskiej kuchni (paprykarza z ziemniakami i kiełbasą, pörkölta z jelenia, czy też tytułowego langosza), które pozostają nieosiągalne z tegoż prostego względu, iż Varga pozwala nam je próbować wyłącznie poprzez obrazy, które kreśli. Na prawdziwą konsumpcję przychodzi zgłodniałemu czytelnikowi nieco poczekać. A jest Varga prawdziwym mistrzem opisu, gdy chodzi o smak, zapach i wygląd potraw (że już pominę drastyczne opisy scen trawienia i gastrycznych problemów związanych z tymiż potrawami). Gdyby technika nie pozwalała na tak szybki rozwój fotografii kulinarnej, jej miejsce zajęłyby opisy wszelkiego rodzaju dań, a polsko-węgierski autor zostałby niewątpliwie mistrzem w tej dziedzinie.

DSC_8124A jednak, w trakcie lektury Langosza w jurcie odbiorcy towarzyszy nie tylko głód wynikający z pragnień kubków smakowych. Czytelnikowi węgierskiej trylogii towarzyszy także głód podróży, głód przygody; pragnienie wędrowania i poznawania. Varga zabiera czytelnika w daleką podróż, pokazuje mu miejsca nieznane i te znane, jednakże widziane z zupełnie nowej perspektywy. Odczarowuje turystyczne Węgry i pokazuje, jak sięgać dalej, jeszcze bardziej w głąb, niż sugeruje przewodnik turystyczny. Krzysztof Varga jest erudytą, omawia zagadnienia historyczne, kulturowe, społeczne; dzieli się szeroką wiedzą z zakresu literatury, muzyki i filmu, tym samym budząc w czytelnikach jeszcze jeden rodzaj głodu – głód poznania, głód wiedzy i – wreszcie – głód zrozumienia. Trylogia Vargi może stanowić coś w rodzaju przewodnika, bardzo subiektywnego, jednakże skupionego na tych zagadnieniach, które sięgają nieco dalej niż podstawowe atrybuty turystyczne – fast foody i suveniry.

DSC_8100DSC_8097Langosz w jurcie napisany został w oparciu o ciekawy pomysł. Węgry jawią się nam jako tytułowy langosz, a podróż wzdłuż węgierskich granic to degustacja langosza wzdłuż jego krawędzi. Jednakże granice Węgier, jakie znamy ze współczesnego podziału administracyjnego świata, niekoniecznie pokrywają się z podziałem dawnym, o którym pamięć nie zawsze pozostaje zachowana. Varga odkrywa dla nas pogranicza – dzisiejsze i te dawne, wraz z ich pasjonująca historią, nierzadko powiązaną z historią Polski, naszą własną historią. Pisarz zdaje się hołdować pamięci, nie tylko narodowej, ale tez osobistej. Klamrą spajającą treść utworu jest wspomnienie zmarłego ojca, a właściwie wspomnienie przyrządzanych przez niego dań. Jakże wymowny to zabieg! Czyż za nazwami potraw nie kryje się cała gama uczuć i emocji? Czyż wspomnienie domowych obiadów nie mówi więcej, niż gdyby nakreślić kilkusetstronicowy obraz własnego dzieciństwa? Zdaje się nam Varga mówić, iż nie raz w pamięci pozostaje smak i zapach, a to wystarczy za wszelkie inne wspomnienia.

DSC_8089

Hanya Yanagihara – Małe życie

DSC_7429 „Małe życie” Yanagihary to jedna z najgłośniejszych książek ubiegłego półrocza. Komentowana była przez wielu krytyków, z reguły spotykając się ze słowami uznania, efektem czego jest nominacja do Nagrody Bookera. Z wielu stron słychać było głosy czytelników, którzy deklarowali, że utwór amerykańskiej pisarki zmienił ich życie. Powodowana wielką presją ze strony całego literackiego świata musiałam sama przekonać się, czy rzeczywiście „Małe życie” to książka, obok której nie można przejść obojętnie. Podświadomie, oczywiście, czułam, że literatura, która podoba się wszystkim, nie ma prawa nazywać się literaturą. No cóż, nie pomyliłam się. Ponad 800 stron obszernego „dzieła” spłynęło po mnie jak woda po kaczce (żeby już dosadnie zobrazować moje odczucia po przeczytaniu „Małego życia”).

„Małe życie” początkowo jawi się nam jako opowieść o czwórce młodych mężczyzn, wkraczających na ścieżkę dorosłego życia, którego akty rozgrywają się w nieprzyjaznej człowiekowi atmosferze Nowego Jorku. Jednak bardzo szybko na pierwszy plan wysuwa się postać głównego bohatera, Jude’a,  losy którego stanowią główne sedno powieści. W tym momencie bardzo ciężko wypowiedzieć się szerzej o utworze, nie zdradzając przy tym biegu wydarzeń. Dlatego też tych, którzy nie czytali, a nie chcą psuć sobie lektury, zachęcam do zamknięcia okna przeglądarki.

DSC_7440(1)Jude to bohater tragiczny. Czegoż on tylko nie przeżył w swym długim i smutnym życiu! Właściwie w tej niekończącej się i ciążącej mu egzystencji, którą oczywiście musiał zakończyć, bowiem było to jego jedyne pragnienie; w zasadzie był to jedyny czynnik motywujący go do dalszego działania. Prawda, że brzmi absurdalnie? Nic nie poradzę, tak właśnie było, Jude nie chciał żyć, ale myśl o tym, że przecież zawsze może się samookaleczyć, a w najlepszym wariancie popełnić samobójstwo, dodawała mu otuchy. A zatem, ostateczna samozagłada to jedyny możliwy finał opowieści. Jude oswobadza się od życia, a skoro nie ma ono dla niego żadnej wartości, jest mu jedynie brzemieniem, to co ją ma? To co ma człowiek poza życiem, tą jedną jedyną rzeczą, którą zostaje obdarzony w dniu narodzin, i z którą może zrobić właściwie wszystko.

DSC_7447Autorka namnożyła w utworze taką ilość zła, bólu, cierpienia, samotności, że w zasadzie nie powinno nam się chcieć dalej żyć po przeczytaniu tej „wybitnej powieści”. Niestety, ogrom negatywnych aspektów ludzkiej natury oraz świata, na które chciała nas Yanagihara wyczulić, jeszcze o niczym nie świadczy, a już na pewno nie o tym, że utwór jest wybitny. Nie jest amerykańska pisarka pierwszą autorką, która zwraca uwagę na zło otaczającego nas świata. Pokusiłabym się nawet o stwierdzenie, że temat jest wręcz przebrzmiały i to wcale nie z powodu wszechobecnej „znieczulicy”, panoszącej się we współczesnym świecie. Ale jeśli Yanagihara naprawdę chciała wyprowadzić odbiorców z równowagi, to mogła podjąć temat piękna – o ileż bardziej kontrowersyjny, zwłaszcza w dzisiejszych czasach, kiedy coraz trudniej je dostrzec.

DSC_7438Na czym więc polega fenomen tego działa? Czyżby wynika on z faktu, iż Yanagihara nie boi się głośno komentować praw człowieka do wolności wyboru, a w tym wypadku do wolności wyboru orientacji seksualnej? Czy „Małe życie” tak bardzo wstrząsnęło opinią publiczną, dlatego, iż ukazuje, że miłość jest piękna niezależnie od płci; że jest wolna od wszelkich uprzedzeń, jak choćby te, które wynikają z naszej fizyczności?

Nie wiem. Mną nie wstrząsnęła.

Wręcz przeciwnie – w trakcie lektury nieustannie towarzyszyło mi  uczucie, że autorka uderza w banał, ociera się o kicz, marnuje potencjał. Próbuje wyczulić nas na siłę przyjaźni, potęgę miłości, a tymczasem główny bohater przegrywa ze swoimi lękami, daje się pogrążyć w mroku, żadne wielkie uczucia nie są w stanie wyrwać go z tej strasznej walki, jaką toczy. Jude się nie zmienia, chociaż zmieniło się jego otoczenie, zmienił się świat, w którym żyje, zło, jakiego doświadczył, ustępuje miejsca dobru, które niosą mu inni. A on i tak uparcie pozostaje przy swoim – a zatem, jeśli drugi człowiek i miłość tego człowieka nie są w stanie mu pomóc, to… Czy Yanagihara jest w gruncie rzeczy okrutną wręcz pesymistką? A może zaplątała się we własnych przemyśleniach i dlatego wyszła jej taka literacka hybryda? Przynajmniej w moim, skromnym, odczuciu.

DSC_7451