Biel na Czarnym Lądzie, czyli zapiski Marcina Kydryńskiego

DSC_9933Biel to książka, za którą chciałoby się podziękować jej autorowi. To niezwykle intymna opowieść o Afryce, pozwalająca na odbycie podróży po Czarnym Lądzie bez wychodzenia z domu. Jest to możliwe nie tylko przez wzgląd na plastyczny język i niemal poetycki styl pisarza (przypominający momentami prozę Stasiuka), ale także dzięki fascynującym i barwnym fotografiom, od których nie sposób oderwać oczu. Jest więc Biel po trosze albumem fotograficznym, w którym liczne zdjęcia opatrzone zostały opisami (sam Kydryński pisze, iż takie określenie jego książki sprawi mu przyjemność).

DSC_9944DSC_9945 DSC_9946Utwór Marcina Kydryńskiego tym różni się od licznych książek, w których wzięto pod lupę afrykański kontynent, iż nie jest napisany przez reportera, ani nawet przez podróżnika – jest przede wszystkim napisany przez wielkiego pasjonata, wielbiciela pięknych afrykańskich pejzaży, wnikliwego obserwatora. Jest Kydryński wielkim znawcą tematu, miłośnikiem tematyki afrykańskiej, erudytą w zagadnieniach, jakimi się interesuje. Powołuje się na liczne źródła, nie boi się korzystać z wiedzy i doświadczenia swoich poprzedników, równie silnie zafascynowanych Afryką. Pojawiają się nazwiska polskich reporterów – Kapuścińskiego, Tochmana, Jagielskiego, ale też zagranicznych autorów (np. Halika, Lindqvista). Kydryński przeczytał wszystko, co świat napisał do tej pory na temat rzeczywistości afrykańskich państw i ludów.

Bogata wiedza teoretyczna, a także ogromne doświadczenie pozwoliły mu wypracować własne zdanie na temat Czarnego Lądu, a co najważniejsze – na temat jego mieszkańców. Marcin Kydryński przyjmuje postawę pokory wobec tego, co został na terytorium oddalonym od jego wiejskiej posiadłości o tysiące kilometrów. Nie próbuje niczego zmieniać, nikogo reformować, tłumaczyć, cywilizować. Próbuje tylko i wyłącznie zrozumieć. Przyjmuje świat takim, jaki jest, jaki zastał, nie chce w niego ingerować, nie chce stawać na pozycji człowieka, który przyjechał z Zachodu.

DSC_9950Mimo to ciąży na autorze niczym stygmat jedna cecha, jakiej nie sposób się pozbyć. „Biel. Kluczowe słowo dla tej książki”. Pisarz doskonale zdaje sobie sprawę, że nigdy nie zdoła wrosnąć w afrykański krajobraz, zawsze będzie na nim ciążyło piętno obcego. Aby być jak najbliżej rdzennych mieszkańców kontynentu, unika wszelkiego luksusu, za swoich przewodników wybiera Stasia i Nel – poznaje Afrykę w takich samych trudach, jak jego ulubieni literaccy bohaterowie z dzieciństwa. Często płaci za to wysoką cenę, narażając własne zdrowie i życie. Jednak dzięki temu możemy poznać fizjologię Afryki, na którą składają się niewysłowione piękno i brutalność jednocześnie.

DSC_9955

Polski duet na Kaukazie

515318-352x500Autor: Małgorzata Nocuń, Andrzej Brzeziecki

Tytuł: Armenia. Karawany śmierci

Wydawnictwo: Wydawnictwo Czarne

Liczba stron: 232

Moja ocena: 6/10

 

Małgorzata Nocuń – redaktorka „Nowej Europy Wschodniej”, a także dziennikarka „Tygodnika Powszechnego” oraz Andrzej Brzeziecki – redaktor naczelny „Nowej Europy Wschodniej” i publicysta „Tygodnika Powszechnego” po raz kolejny udowodnili, iż tworzą udany duet, przynajmniej jeśli chodzi o literaturę. Ich poprzednie wspólne publikacje („Białoruś: kartofle i dżinsy”, „Łukaszenka. Niedoszły car Rosji”, a także „Ograbiony naród. Rozmowy z intelektualistami białoruskimi”) przybliżyły nam realia  panujące w państwie leżącym tuż za naszą wschodnią granicą, ostatnim bastionie komunizmu na kontynencie europejskim. Tym razem postanowili zabrać nas w podróż nieco dalszą, do Armenii – kraju doświadczonego przez los niczym biblijny Hiob. Najnowsza książka publicystów „NEW” przybliża nam, czytelnikom, historię, tradycję oraz kulturę Ormian.

DSC_9344Ormianie jako pierwszy naród na świecie przyjęli chrześcijaństwo – to na świętej górze Ararat osiadła biblijna Arka Noego, tutaj mieściło się zatem prawdziwe epicentrum świata. Jednak Bóg nie był łaskawy dla swych wyznawców i postanowił ich poddać próbie, wystawiając na cierpienia tak, jak niegdyś Hioba. Biblijna postać jawi się niczym klucz do odczytania całego utworu, autorzy stosują analogię, aby w ten sposób podkreślić wyjątkowość Ormian – oni sami w tej właśnie kategorii postrzegają swój naród. Ale polscy obserwatorzy sięgają o krok dalej, biorą medal do ręki i oglądają go z obu stron, by potem wydać sąd zgoła sprzeczny z samoświadomością obywateli Armenii: „Na każdy argument o wielkości tego narodu można znaleźć kontrargument o jego miałkości”.

Obraz narodu, jaki wyłania się z reporterskich rozważań i komentarzy, pozostaje niejednoznaczny. Z jednej strony przyglądamy się społeczeństwu z szeroką tradycją piśmienniczą, bogatą historią oraz rozwiniętą kulturą (zwłaszcza w materii produkcji dywanów, czemu autorzy poświęcają cały rozdział). Z drugiej strony Armenia to kraj zarządzany przez oligarchów, a korupcja stanowi chleb powszechny dla obywateli. Jednocześnie społeczeństwu odmawia się prawa do wolności głosu, a wszelkie odchylenia od oficjalnej linii są piętnowane. Sprzeczności i kontrasty piętrzą się nieustannie.
DSC_9368Przyczyn takiego stanu rzeczy należy upatrywać w trudnej historii, która stała się udziałem Ormian. Z niegdyś potężnego imperium ich państwo przekształciło się w niewielki skrawek lądu, w granicach którego nie mieści się już nawet góra Ararat – święte miejsce narodu ormiańskiego, dzisiaj leżące na terytorium Turcji. Tematem wstydliwym i bolesnym na historycznej mapie jawią się tzw. „karawany śmierci”, znajdujące się w podtytule utworu (swoją drogą nie do końca zasadnie – bowiem czytelnik może pomyśleć, iż są one osią, wokół której budowana jest narracja, tymczasem samemu zagadnieniu  poświęcony został jedynie początek książki). Ormianie wolą nie wspominać tego momentu swojej historii, bowiem jest on pewną wskazówką określającą ich tożsamość. Niczym potulne baranki rzesze Ormian przemierzały pustynię w kierunku Syrii, dokąd ich deportowano z Imperium Osmańskiego, aby w przygotowanych wcześniej obozach zagłady uskutecznić tzw. „całkowite rozwiązanie” – termin ukuty wcale nie w związku z Holocaustem, ale właśnie z ludobójstwem Ormian. Dzisiaj wydarzenie to znane jest jedynie z relacji nielicznych osób, które przeżyły – wtedy będących dziećmi, często przez całe życie noszących na sobie ciężar trudnych doświadczeń młodego wieku.
DSC_9345Jeszcze jedna kwestia jawi się istotną w rysopisie Ormian. Jest nią oczywiście spór o Górski Karabach, toczony z sąsiednim Azerbejdżanem. Wojna o ten skrawek ziemi, dla obu państw przyjmowany jako własny, owocuje w wydarzenia dramatyczne, takie jak np. masakra w Sumgaicie w 1988 r. dokonana na tle etnicznym. Jakby tego było mało, Ormianie doświadczeni zostali w tym czasie przez trzęsienie ziemi, którego ofiary liczone są w tysiącach. Liczba nieszczęść narodu w żaden sposób nie równoważy się z jego powodzeniami, o których w utworze prawie nie ma nic.
DSC_9347

„Armenia. Karawany śmierci” to utwór przybliżający odbiorcom sylwetkę tego kaukaskiego państwa. Napisany został językiem przystępnym, w formie reportażu, wskazującego na te elementy, które są dla nas zaskakujące i zupełnie nieznane, a przez to ciekawe. Ja z lektury tej książki wyciągnęłam dla siebie czytelniczą wskazówkę – na mojej półce zagościły dwa utwory przywoływane przez autorów, które mam nadzieję, poszerzą moją znajomość tematu. Są to: „Czterdzieści dni Musa Dah” Franza Werfela oraz „Płomień i lód. Przypadki mojego życia” Arthura Koestlera.
DSC_9368

(Bez)ludna zielona wyspa Ostachowicza

f7de52f31fAutor: Igor Ostachowicz

Tytuł: Zielona wyspa

Wydawnictwo: Wydawnictwo WAB

Liczba stron: 416

Moja ocena: 6/10

 

DSC_8816Bezludna wyspa, która dla głównej bohaterki, Magdy, ma być wymarzonym miejscem na odpoczynek od świata, zamieszkana jest przez nielegalnego lokatora, Jarka. Od pierwszego spotkania ich relacje układają się w sposób bardzo niekonwencjonalny. Wydawać by się mogło, że osadzenie fabuły utworu w realiach bezludnej wyspy stanowić będzie ciekawe tło dla snucia opowieści opartej na wątku sensacyjno-erotycznym. Tymczasem, odnoszę wrażenie, iż Igor Ostachowicz zupełnie tego potencjału nie wykorzystał, a jego talent skończył się jeszcze zanim podjął próbę realizacji swojego pomysłu na niebanalną powieść.

DSC_8817Akcja utworu to zapis relacji bohaterki z pobytu na wyspie, dzielonego z nieznajomym mężczyznom. W założeniu Magda wynajęła ten skrawek świata na wyłączność, aby spędzić w odosobnieniu wymarzony urlop. Towarzystwo Jarka jest niezapowiedzianym gratisem, jakiego nie przewidywała oferta biura turystycznego. Ostachowicz poświęcił kilkaset stron, aby opisać skomplikowaną relację, jaka wywiązała się między dwojgiem obcych sobie ludzi. Nie dziwi więc, iż jest to opis mdły, zdominowany przez niekończące się sceny seksu, alkoholowego upojenia, otumanienia przez środki psychoaktywnych, a także nieciekawe rozmowy o niczym. Aby nieco urozmaicić akcję oraz lepiej nakreślić portrety bohaterów, autor wplata do fabuły retrospekcje dotyczące przeszłości Magdy, a także fragmenty dziennika Jarka. Niestety, to nie pomaga, a wręcz przeciwnie, czyni treść utworu jeszcze bardziej prozaiczną.

DSC_8832Nie wiadomo, czemu służy ten sposób budowania fabuły – niewątpliwie jedna rzecz pozostaje dla czytelnika przez cały czas niejasna: która postać jest figurą złą, a która dobrą? Czemu mają służyć ich charakterystyki, co chce autor wyrazić wkładając w ich usta określone slogany, a w ich umysły raczej miałkie refleksje? Oczywiście, liczne odwołania do różnych kulturowych źródeł pozwalają dostrzec, na jakie problemy chce nas uczulić autor. Najogólniej mówiąc, być może chce nas Ostachowicz zmusić do tego, abyśmy spojrzeli na kondycję współczesnego człowieka. Niestety, jego moralna nauka zostaje wyłożona w sposób mało atrakcyjny.

Cechą charakterystyczną dla całego utworu jest absurdalność zdarzeń. Czytelnik nie wie nawet, czy cała historia wydarzyła się w życiu bohaterów naprawdę, czy też wręcz przeciwnie, jest ona projekcją powstałą w głowie Magdy. Główna bohaterka budzi emocje skrajnie negatywne, być może dlatego, iż jej cechy zostały mocno przerysowane. Chciałoby się wierzyć, iż prywatnie patrzy Ostachowicz na kobiety nieco inaczej. Nawet jeśli stworzenie takiej a nie innej postaci służyć ma kreowaniu klimatu swoistej psychozy, mogącej dotyczyć każdego z nas, to zachowanie Magdy jest raczej godne pożałowania, niż skłaniające do jakiejkolwiek refleksji. Treści skondensowane w postaci głównej bohaterki na pewno nie budzą niepokoju, a jedynie niesmak.

DSC_8830Słowem podsumowania pragnę jedynie nadmienić, że książka Ostachowicza mogłaby się bronić przez wzgląd na zakończenie, jednak tym, co wpływa na niekorzyść jest długość utworu – kilkaset stron nic niewnoszących opisów i komentarzy, a także styl autora, a raczej jego brak. Mam nadzieję, że gdy przeczytam Noc żywych Żydów zmienię swój pogląd na twórczość Igora Ostachowicza.

Wszystkie prawdy Mariusza Szczygła

mariusz_szczygiel_projekt_prawda_Autor: Mariusz Szczygieł

Tytuł: Projekt: prawda

Wydawnictwo: Dowody na Istnienie

Liczba stron: 368

Moja ocena: 8/10

DSC_8695„Projekt: prawda” Mariusza Szczygła to książka ciekawa z kilku istotnych względów, wśród których na pierwszy plan wysuwa się fakt, iż jest ona przede wszystkim zwieńczeniem literackiego i reporterskiego projektu zakrojonego na dość szeroką skalę. Reportaże-miniatury składające się na swoistą kronikę ludzkich prawd i mądrości pochodzą z różnych zakątków świata i od zupełnie różnych ludzi – znanych autorowi i czytelnikom, bądź też zupełnie przypadkowych, jednak nie anonimowych (Szczygieł bardzo skrupulatnie odnotowuje dane personalne oraz istotne szczegóły z życia swoich rozmówców). Dzięki temu jego utwór jest autentyczny, a wycinki z biografii poszczególnych osób, zwieńczone ich życiowymi prawdami, mocniej docierają do odbiorców.

Wartość tego zbioru ludzkich prawd tkwi w tym, iż nie są one podane w formie swego rodzaju wyliczanki np. serwowanej od myślników – każda prawda stanowi puentę danej historii, jaką opowiada nam przede wszystkim reporter, w drugiej zaś kolejności rzeczywisty poszukiwacz prawdy. Szczygieł dba o kształt opowiedzianych historii, sprawia, że są one ciekawe, wnikliwie przygląda się ludziom, jest dobrym rozmówcą, który umiejętnie relacjonuje swoje obserwacje. Jest reporterem. Stawia na akcje, na to aby wywrzeć na czytelniku wrażenie, aby go zmusić do refleksji, a czasem aby go po prostu rozbawić. Niekiedy odnosi się wrażenie, iż w całym projekcie nie chodzi o prawdę, ale raczej o człowieka, który za daną prawdą stoi.

DSC_8728Ważnym dla całego utworu jest również punkt wyjścia, impuls, od którego zaczął autor tworzyć swoją kolekcję ludzkich prawd. Był nim cytat z książki Stanisława Stanucha zatytułowanej „Portret z pamięci” – pozycji zapomnianej pośród polskich czytelników, niegdyś stawianej w jednym rzędzie z dziełami pisarzy takich jak Camus, czy też Sartre. Cytat ów brzmi następująco:

„Przyszło mi do głowy, że każdy rozsądny człowiek powinien dążyć do prawdy, starać się odkryć w swoim życiu jedną, bodaj najmniejszą prawdę. W przeciwnym razie życie jego wydawać się może zmarnowane”.

W bardzo osobistym tonie Mariusz Szczygieł zwierza się swoim czytelnikom z tego, iż książka Stanucha była dla niego wielkim odkryciem i niemal drogowskazem, podporą, która pomogła mu poradzić sobie z trudnymi doświadczeniami. Niejako w podzięce wobec zapomnianego autora i jego dzieła postanowił Szczygieł umieścić „Portret z pamięci” w swojej książce. Utwór Stanucha możemy więc w całości przeczytać podczas lektury „Projektu” – pozwala nam on zrozumieć lepiej autobiograficzne motywy pojawiające się w zapiskach Szczygła.

DSC_8704Dzięki umiejętnemu montażowi „Projekt: prawda” stanowi spójne połączenie kilku gatunków, a ponadto jest swoistym kolażem utkanym z wyznań: samego autora, jego mentora – Stanisława Stanucha, a także jego rozmówców. Forma utworu jest eksperymentalna, ale jest to eksperyment udany i w pełni logiczny. Tematyka – a więc uniwersalne pojęcie prawdy, które zostaje ukazane z perspektywy pojedynczego człowieka. Dzięki takiemu spojrzeniu na dane zagadnienie okazuj się, iż prawda to pojęcie bardzo szerokie, bowiem może przybierać różny kształt i mieć różną wagę w zależności od jednostki.

DSC_8716

Wyniki konkursu

DSC_8661

Bardzo się cieszę, że w zabawie wzięło udział 10 osób – tzn., że ktoś tu jednak czasem zagląda 🙂

Niestety nagrodzić mogę tylko jedną osobę, gdyż z dwóch egzemplarzy „Limonowa” jeden zatrzymuję dla siebie 😉

Szczęśliwym zwycięzcą jest Marta (marta_pa@onet.eu) – proszę o jak najszybszy kontakt w celu odbioru nagrody!

Wszystkim dziękuję za udział w zabawie i zachęcam do śledzenia Bardzo Obiektywnych Opinii O Książkach na facebooku oraz na instagramie – już niedługo kolejne zabawy z książkowymi nagrodami!

Spokojnej nocy 🙂

Wygraj książkę „Limonow” :)

DSC_8642

Bardzo mi miło zaprosić Was do wzięcia udziału w pierwszym konkursie w historii mojego sporadycznego blogowania 😉

Do wygrania książka „Limonow” autorstwa Emmanuela Carrere, lektura porywająca i godna uwagi!

Co zrobić, aby wygrać? (czyli Regulamin konkursu)

  1. Jeśli masz ochotę, polub Bardzo Obiektywne Opinie O Książkach na facebook i zacznij śledzić na instagramie (jeśli jeszcze tego nie zrobiłeś/-aś) 🙂
  2. W komentarzu pod tym wpisem zostaw swoje imię oraz adres mailowy – tym samym wyrazisz chęć wzięcia udziału w konkursie.
  3. Zostaw też adres swojego bloga – z chęcią go odwiedzę 🙂
  4. Jeśli masz ochotę, udostępnij informację o konkursie na facebooku lub instagramie – niech dotrze do Twoich znajomych, aby też mogli wziąć udział w zabawie 🙂
  5. Pamiętaj, aby ze wszystkim zdążyć do 29.01.2017 godz. 23:59 !!!
  6. Cierpliwie czekaj, bo już w poniedziałek ogłoszę zwycięzcę, który zostanie wybrany na podstawie zgłoszeń pozostawionych w komentarzach.
  7. UWAGA: Do zabawy zapraszam osoby z adresem wysyłkowym na terytorium RP.

Kochani, liczę na Waszą aktywność! Nie przegapcie szansy na zdobycie ciekawej książki 🙂

Udanej zabawy!

Nietuzinkowy życiorys Limonowa

352x500Autor: Emmanuel Carrere

Tytuł: Limonow

Wydawnictwo: Wydawnictwo Literackie

Liczba stron: 472

Moja ocena: 7/10

DSC_8691ZSRR jak zwykle jawi się jako byt wrogi jednostce samodzielnie myślącej; jako byt nieprzyjazny tym, którzy nie godzą się na funkcjonowanie totalitarnej machiny. Taką postacią, pragnącą zachować swoją indywidualność i niezależność, jest bohater książki francuskiego pisarza i reżysera, Emmanuela Carrere (znanego polskiemu odbiorcy m. in. dzięki najnowszej książce Królestwo), Eduard Wiemianowicz Sawienko, nazywany też Limonowem. Skandalista, awanturnik, pisarz i polityk. Chociaż silne pragnienie, by nie pozostać anonimowym, zmusiło go do emigracji z Ojczyzny (czyli ówczesnego Związku Radzieckiego) późniejsze doświadczenia zweryfikowały jego pogląd i Limonow pozostaje sentymentalnym spadkobiercą wartości wyznawanych przez partię komunistyczną.

DSC_8657Losy Limonowa to kalejdoskop wrażeń, ludzi, uczuć, doświadczeń. Jego biografię czyta się z zapartym tchem, bo jest to opowieść o postaci nietuzinkowej. Całe życie Limonowa zdeterminowane było przez jedno pragnienie, a mianowicie pragnienie sławy, dążenie do tego, aby stać się legendą. Bohater wyobrażał to sobie na różne sposoby – chciał zostać znanym przestępcą, znanym pisarzem, znanym politykiem i demagogiem. Tym, co pozwoliło mu zyskać rozgłos, jest jego własne życie, te wszystkie zdarzenia, w których miał swój udział, a które wykorzystał, aby napisać książki, porównywane przez wzgląd na treść do utworów Henryego Millera czy też Charlesa Bukowskiego.

DSC_8668Życie Limonowa skatalogować można według kilku etapów, co w efekcie daje pewien przekrojowy ogląd na ewolucję bohatera i jego poglądów. Najpierw kryminalna młodość na przedmieściach Charkowa, potem smak moskiewskiego undergandu, następnie los emigranta w Nowym Jorku, sława pisarza w paryskich kręgach, udział w wojnie serbsko-chorwackiej i wreszcie powrót do Rosji, gdzie Eduard zakłada partię narodowo-bolszewicką i w efekcie ląduje w więzieniu. A wszystko podszyte grubą warstwą smutnej prozy życia, na którą złożyły się alkohol, kobiety, seks, narkotyki, bieda, poniżenie, szaleństwo. Mniej więcej taki schemat posłużył francuskiemu autorowi do opisania dziejów Limonowa.

DSC_8675Carrere z dużą wnikliwością próbuje odzwierciedlić na kartach swojej powieści buntownicze życie Sawienki. Nie podaje wyłącznie suchych biograficznych faktów, ale tworzy tło historyczno-polityczno-społeczne, próbując wyjaśnić motywy działań Limonowa. Odzwierciedla także psychiczne podłoże decyzji Eduarda. Bardzo często w związku z tym Limonow wywiera na czytelniku negatywne wrażenie. Jest bardzo pewny siebie, jego cechą rozpoznawczą jest pycha. Wielce prawdopodobne, iż aby osiągnąć wytyczony cel, nie zawahałby się przed najgorszym. Często traktuje innych przedmiotowo, zwłaszcza własnych rodziców, ale też Annę, pierwszą kobietę, z którą związał się na dłużej. A jednak upór i pewność własnej racji, a także własnej wartości, budzi podziw. Chciałoby się mieć tyle odwagi i tyle żelaznej woli, co Limonow.

DSC_8660Co się tyczy samego stylu autora, to nie jest on tak bardzo porywający, jak opisywana przez niego historia. Śmiem przypuszczać, iż autobiograficzne utwory samego Limonowa (np. To ja, Ediczka) porwałyby czytelnika w większym stopniu. To, w jaki sposób francuski pisarz zbudował swoją książkę, budzi pewne zastrzeżenia – pojawiają się wątki autobiograficzne, dotyczące samego Carrere, które odciągają uwagę odbiorcy od głównej postaci w utworze. Odrobinę razi także infantylny niekiedy styl, próby odwzorowania stylu rosyjskiego awanturnika. Zdaje się, że Carrere zbyt ochoczo używa określeń typu „fiut” albo „cipka”, pragnąc w ten sposób z jednej strony zszokować odbiorcę, a z drugiej zachęcić go do lektury obscenicznych scen, w których uczucia i relacje międzyludzkie zostają sprowadzone do poziomu nic nie znaczących epizodów. Tymczasem efekt jest tandetny i rażący, w negatywnym tego słowa rozumieniu.

DSC_8645Pamiętajcie, że już za chwilę na blogu pojawi się konkurs, w którym będzie można wygrać tę wciągającą książkę 🙂

Chaos wojny, czyli „Depesze” Michaela Herra

550390-352x500Autor: Michael Herr

Tytuł: Depesze

Wydawnictwo: Wydawnictwo Karakter

Liczba stron: 280

Moja ocena: 6/10

DSC_8627Depesze Michaela Herra to jedna z tych książek, które bezwzględnie należy przeczytać – przez wzgląd na problematykę, formę utworu, a także dlatego, iż okładka jedynego reportażu amerykańskiego autora jeszcze przez długi czas gościć będzie we wszelkich mediach elektronicznych i drukowanych. Oparta na biograficznych wątkach przerażająca opowieść o wojnie w Wietnamie jest lekturą obowiązkową.

DSC_8615Zanim pozwolę sobie na kilka słów komentarza względem tematyki i treści utworu, chciałabym zwrócić uwagę na okładkę książki, wydanej nakładem Wydawnictwa Karakter. Na jej froncie widnieje portret amerykańskiego żołnierza o bardzo niewinnej twarzy i hipnotyzującym spojrzeniu. Herr dokładnie tłumaczy, na czym polega wyjątkowość tych oczu – „(…) nie było żadnego związku między nimi a resztą mimiki, i przez to wszyscy tam wyglądali na potwornie zmęczonych albo chwilowo niepoczytalnych”. I kilka zdań dalej: „Na młodej, niepozornej twarzyczce widziałeś uśmiech, który zdawał się brać z mądrości serca (Powiem ci, skąd ten uśmiech, ale sfiksujesz od tego)”. Wojskowy hełm sportretowanego chłopaka opatrzony jest wiele mówiącym mottem: „War is hell” – jego prawdziwość udowadnia Michael Herr w swojej książce, gdzie drobiazgowo tłumaczy, co to za rzeczy, od których człowiek fiksuje.

DSC_8629Wojna jak zwykle w literaturze jawi się jako sytuacja dramatyczna dla człowieka, niezależnie od jego statusu (jest wroga zarówno walczącym, jak i cywilom). Wojna w Wietnamie, która stała się przedmiotem opisu dla amerykańskiego reportera, jawi się jako kompletnie nielogiczna operacja, co wynika  z jej genezy oraz przebiegu. Dla Herra Wietnam jest symbolem okrucieństwa, chaosu i strachu, uzupełnionych o potężne dawki marihuany i rockowych brzmień. Jako korespondent wojenny wielokrotnie znajdował się bezpośrednio w toku walk, dlatego doskonale potrafił sportretować żołnierzy w nich uczestniczących.

Utwór Herra jest reportażem silnie autobiograficznym i autorefleksyjnym, ponieważ jego autor opisuje nie tylko przeżycia walczących młodzieńców, ale przede wszystkim swoje własne traumatyczne doświadczenia (zakończone silną depresją po powrocie do ojczyzny). Opowiada również o pracy swoich kolegów po fachu, często balansujących na granicy i kuszących los – nie zawsze z powodzeniem.

DSC_8621Tym, co łączy losy żołnierzy z losami piszących o nich korespondentów, jest chaos. Pojęcie to odnosi się do ich zachowania, percepcji świata, uczuć, wreszcie zdarzeń, w których mieli swój udział. Michael Herr odzwierciedla to poprzez formę utworu i język, jakim posługują się jego bohaterowie. Ich wypowiedzi często wydają się wręcz surrealistyczne. Podobnie niewiarygodne wydaje się tło wydarzeń w ich historiach – czy naprawdę konflikt mógł przybrać tak absurdalny kształt?

DSC_8624Słowem zakończenia dodam jeszcze, iż w Depeszach  brak jakiejś indywidualnej historii – gdyby Herr skupił się na losach konkretnej jednostki i napisałby swoją opowieść przez pryzmat jej doświadczeń i uczuć, być może groza wojny stałaby się dla czytelnika jeszcze bardziej odczuwalna, nieco bardziej namacalna. Być może opinia ta jest podyktowana wyłącznie kobiecym punktem widzenia – na portalu Lubimy Czytać większość komentarzy odnoszących się do Depeszów jest napisana z męskiego punktu widzenia i nie sposób dopatrzeć się w nich jakichkolwiek zastrzeżeń. Dominuje przekonanie o ogromnej wartości „arcydzieła reportażu wojennego”, pod którym chcąc-nie chcąc muszę się podpisać.

Wizja Rosji w „Dniu oprycznika” Sorokina

352x500Autor: Władimir Sorokin

Tytuł: Dzień oprycznika

Wydawnictwo: Wydawnictwo WAB

Liczba stron: 232

Moja ocena: 7/10

DSC_8488Przypuszczam, że nie trzeba przedstawiać sylwetki Władimira Sorokina, ponieważ jest on – tuż obok Wiktora Pielewina, Borisa Akunina, Wiktora Jerofiejewa, czy też Dmitrija Bykowa – jednym z nielicznych współczesnych pisarzy rosyjskich tak dobrze znanych polskiemu czytelnikowi. Zresztą, nie tylko polskiemu. Postmodernistyczna proza Sorokina tłumaczona jest na wiele języków i znajduje coraz szersze grono odbiorców.

DSC_8493Dziś jednak pod lupę pragnę wziąć tylko jedną książkę z dorobku tegoż rosyjskiego konceptualisty – Dzień oprycznika. Utwór, który wywołał wielką burzę nie tylko wśród literackich krytyków, ale również wśród czytelników. Wydaną w 2006 r. książkę Sorokina określa się mianem fantastycznej antyutopii, politycznej groteski, czy też satyry na współczesną władzę Rosji i na rosyjskie społeczeństwo. Sam Sorokin od takich komentarzy się odżegnuje, twierdząc, iż jego celem nie był polityczny komentarz, a jedynie stworzenie artystycznej wizji przyszłości.

DSC_8494Utwór Sorokina często klasyfikowany jest również jako „powieść w duchu historyzmu”. Dzieje się tak za sprawą głównego motywu, na którym autor oparł fabułę powieści. Jest nim oprycznina, carska policja, powołana przez Iwana Groźnego w celu walki z bojarami. Dziś jest ona symbolem okrucieństwa i niesprawiedliwości. Chociaż oprycznina siała postrach na ziemi rosyjskiej w XVI w., Sorokin zauważa, że jest to zjawisko wciąż aktualne, charakterystyczne także dla współczesnej Rosji. Co ciekawe, temat opryczniny został właściwie przemilczany w twórczości rosyjskich klasyków (nie licząc utworów Ksiażę srebrny Aleksego Tołstoja oraz Pieśni o kupcu Kałasznikowie Lermontowa). Tymczasem Sorokin wyciąga na światło dzienne tę czarną kartę w historii swojego narodu i w oparciu o nią buduje fabułę swojej powieści.

Nie chciałabym rozpisywać się nad tym, jaką wizję przyszłości nakreślił pisarz w swoim utworze. Zdradzę tylko, iż w Dniu oprycznika śledzimy losy głównego bohatera, Andrzeja Daniłłowicza Komiagi, oprycznika, chroniącego dobrego imienia swego władcy, Wasilija Nikolajewicza, który rządzi Monarchią Rosyjską trzeciej dekady XX w. Po opublikowaniu książki Sorokina okrzyknięto mianem proroka. Nic dziwnego. Przepowiednia Sorokina, w której roztacza wizję Rosji w 2027 r. już dzisiaj znajduje swoje odbicie w rzeczywistości. Wszechwładny prezydent (prawie monarcha), rozkułaczanie oligarchów (współczesnych bojarów), polityka izolacjonizmu, naftowy „boom”, społeczeństwo odsunięte na margines wydarzeń dziejowych. Czy ten obraz nie wydaje się nam znany, gdy patrzymy w kierunku Wschodu?

DSC_8479Sorokin postuluje, aby jego utwór odczytywać wyłącznie w kategoriach dzieła artystycznego, nie zaś jako komentarz bieżącej sytuacji politycznej. Ja również wolę skłaniać się wobec takiej interpretacji. Ponieważ odbiór Dnia oprycznika wyłącznie jako literatury politycznie zaangażowanej jest moim zdaniem dość krzywdzący w stosunku do autora. Pamiętać należy, że Sorokin to jeden z czołowych rosyjskich postmodernistów. W czym więc tkwi wartość artystyczna utworu? Niewątpliwie w języku, który stanowi połączenie staroruszczyzny ze współczesnym językiem potocznym – autor stworzył oryginalną grę językową, urozmaiconą o elementy pisane wierszem. Niezwykle ciekawe jest także połączenie elementów współczesnych z elementami charakterystycznymi dla historycznego okresu opryczniny – i tak na przykład oprycznicy jeżdżą najnowszymi mercedesami, ale na maskach ich samochodów umieszczone są odcięte psie głowy (czyli symbol niegdysiejszych opryczników, którzy powinni gryźć i kąsać jak wściekłe psy). Szokującymi dla czytelnika mogą być również opisy spotkań opryczników, a już na pewno kulminacyjna scena utworu, w której autor opisał „gąsienicę” – rodzaj obrzędu, łączącego wszystkich opryczników (dosłownie!). Rozwiązania, jakie pisarz stosuje dla budowy świata przedstawionego w utworze, świadczą o jego nieokrzesanej wyobraźni. Szczególnie spodobał mi się pomysł likwidacji wielkich marketów spożywczych i zastąpienia ich niewielkimi kioskami, w których klient zawsze wybiera spośród dwóch rodzajów danego produktu (co ma mu zapewnić wewnętrzny spokój).

DSC_8517Nie sposób odmówić Sorokinowi wartości, jaką niesie jego dzieło. A jednak ten typ literatury współczesnej, łączący realność i fantastykę, w którym dominuje ironiczne i prześmiewcze podejście do wszystkiego, nie jest moim ulubionym. Uważam, że w pewnym momencie autor zachłysnął się strumieniem swojej bogatej wyobraźni i zaczął tworzyć sztukę dla sztuki, zapominając o innej warstwie utworu, niż tylko ta, która jest widoczna z wierzchu.

A gdyby tak „Umrzeć na wiosnę”?

DSC_8434Chociaż Umrzeć na wiosnę to dopiero druga książka Ralfa Rothmanna przetłumaczona na język polski (pierwsza to Młode światło) niewątpliwie jego proza zasługuje na uwagę czytelników z całego świata. Z wielu źródeł możemy się dowiedzieć, iż książka Rothmanna „to bodaj najważniejsza niemiecka powieść o II wojnie światowej od czasów Blaszanego Bębenka Guntera Grassa”, a także iż jest to „najważniejsza niemiecka powieść dekady”. Książka o dramacie wojny, o sile przyjaźni, o utraconej młodości i niewinności. Wydawać by się mogło, że nie pierwsza i nie ostatnia, którą można w ten sposób sklasyfikować. A jednak, wśród wielu innych pozycji o podobnej tematyce, Umrzeć na wiosnę jest utworem wyróżniającym się z kilku względów.

DSC_8468Utwór spaja narracyjna klamra, w której głos zabiera syn głównego bohatera, najprawdopodobniej możemy go utożsamić z samym autorem. Narrator kreśli zwięzły portret swojego ojca, w którym dominującą rolę odgrywa część biografii związana z udziałem ojca w wojnie – dla syna jest to historia owiana tajemnicą, niedopowiedziana, ale interesująca z tego względu, iż może ułatwić zrozumienie tego, kim jest ojciec, co go ukształtowało, co sprawiło, że „(…) całe życie spędził w milczeniu, którego nikt nie chciał z nim dzielić – nawet żona, która pijała kawę ze wszystkimi sąsiadami, a w sobotę chodziła na tańce bez niego”. Ostatnie strony utworu karzą sądzić, iż ojciec zabrał swoją historię do grobu, iż jego biografia pozostała nieodkryta nawet dla najbliższych. Co więcej, niedługo nie pozostanie po nim żaden ślad – jego syn nie zamierza opłacać na kolejne lata miejsca pochówku, gdzie spoczywa jego ojciec. W ten sposób Walter Urban pozostanie żywy jedynie na kartach powieści, w której syn odtworzył jego młode lata.

DSC_8445Osiemnastoletni Walter wiedzie spokojne życie dojarza w majątku pana Thamlinga, gdzie oprócz pracy jest jeszcze miejsce na przyjaźń, miłość, tańce, zabawę; miejsce na młodość. W porównaniu z toczącą się gdzieś w oddali wojną życie wśród społeczeństwa wiejskiego, skupionego wokół pracy służącej utrzymaniu gospodarstwa rolnego, jest niemal sielanką. Towarzystwo krów stanowi gwarant bezpieczeństwa. A jednak młody Walter i jego przyjaciel Friedrich otrzymują powołanie na front, choć wojna powoli chyli się ku końcowi. Bohaterowie trafiają na Węgry, gdzie znajduje się linia frontu. To, co spotyka ich na wojnie, dalekie jest od ich dotychczasowego życia, ale także od ich wyobrażeń o losie żołnierza. Walter nie uczestniczy bezpośrednio w walce, broń bierze do ręki tylko jeden raz, ale ten jeden raz to najstraszniejsza bitwa, jaką musi stoczyć. Jego przyjaciel Friedrich chciał zdezerterować, za co został skazany na wyrok śmierci. Wykonanie wyroku przypadło w udziale Walterowi – chłopak, który do tej pory był ofiarą strasznej wojny, miał się nagle przeistoczyć w jej kata. Bo jak powszechnie wiadomo, na wojnie panuje inna moralność: nie ma „przyjaciół” – są jedynie „towarzysze broni”, a „człowiek musi być silniejszy niż wszystkie skrupuły”.

DSC_8470Utwór Rothmanna jest o tyle ciekawy, iż pokazuje wojnę z perspektywy wojsk niemieckich, a więc z perspektywy silnej armii, dyktującej przebieg działań wojennych w Europie. A jednak żołnierze okupanta osłabieni byli przez wewnętrzne konflikty, gdy wojna miała się już zakończyć, żołnierz niemiecki rozliczał żołnierza niemieckiego – dezertera, dekownika, zdrajcę Ojczyzny i społeczeństwa. Obraz potężnej armii zostaje skażony, kiedy autor bierze go pod lupę. Podobnie dzieje się z obrazem ludności, której daleko było od głoszonej przez zwierzchnictwo wiary w rasę aryjską. Pisarz pokazuje, jak dalece nieprzystające do realiów pozostawały ideały głoszone przez nazistów.

DSC_8462Świat przedstawiony w utworze jest poruszający nie tylko ze względu na stałe atrybuty towarzyszące wojnie, ale także dlatego, iż przez cały czas wyczuwalne pozostają uczucia strachu, paniki, przerażenia, świadomości nadchodzącego końca. Nawet gdy mowa o miłości, to ma ona przeważnie wymiar fizyczny i nie stanowi dla człowieka otuchy. Utwór Rothmanna jest w pewnym sensie próbą usprawiedliwienia przeszłości, ale też swego rodzaju oskarżeniem w nią wymierzonym. Autor w żaden sposób nie wybiela czarnych plam na kartach historii narodu niemieckiego, ale pokazuje też wojnę z perspektywy pojedynczego człowieka; analizuje mechanizm kata i ofiary.